Filmowe inspiracje: mistrzowskie błędy

Filmowe inspiracje: mistrzowskie błędy

Jesień otwiera najbardziej intensywny okres w światowej kinematografii. Festiwale w Toronto i Wenecji rozpoczynają kilkumiesięczną batalię o najważniejsze nagrody sezonu. Od września do lutego do szerokiej dystrybucji w USA, Europie i Polsce trafiają najgorętsze tytuły roku – pretendenci do zdobycia rozmaitych wyróżnień i nominacji. Atmosfera zwykła udzielać się większości miłośników X muzy. Podejrzewam, że i my w tym roku z wypiekami na twarzy obserwować będziemy zmagania rodzimej „Idy” w walce o oscarowy triumf.

Kino bywa inspirujące. Na wielu płaszczyznach. Otwierając niniejszy cykl właśnie dziś, u progu szczytu filmowego sezonu, chciałbym podzielić się myślami, do których bodźcem był kontakt z szeroko rozumianym kinem. Nie tylko filmem. Na początek pigułka dość gorzka. Choć mistrzowska.

Na kończącym się właśnie Warszawskim Festiwalu Filmowym swoją polską premierę miał najnowszy film Krzysztofa Zanussiego pt. „Obce ciało”. Obraz przynajmniej z dwóch względów wyjątkowy. Po pierwsze – otwarcie podejmujący temat wiary i powołania. Po drugie – pierwszy, z którego ukończeniem wielki filmowy twórca, autor takich wybitnych dzieł jak „Barwy ochronne”, „Struktura kryształu” czy „Iluminacja” miał prawdziwe problemy. Nie był w stanie, równie łatwo jak do tej pory, uzyskać nań finansowania, co wyznał przed premierowym seansem.

Film opowiada o zmaganiach włoskiego katolika Angelo, który przybywa do Polski, by przez rok „towarzyszyć” rozeznającej swe powołanie w klasztornej celi ukochanej. Nadzieja, że Katarzyna (Agata Buzek) podczas nowicjatu postanowi opuścić zgromadzenie pozwala mężczyźnie przetrwać nieustające ataki ze strony jego nowej szefowej (Agnieszka Grochowska) – kobiety bezwzględnej i pozbawionej wszelkich moralnych norm.

Kontakt z „Obcym ciałem” – filmem moim zdaniem nieudanym, zainspirował mnie do kilku przemyśleń, a w zasadzie przestróg, które mogą być przydatne dla nas katolików, nie tylko wtedy gdy podejmujemy w naszych rozmowach temat wiary. Warto uczyć się na błędach. Mistrzowskich zwłaszcza.

  1. Nie wińmy cyklistów.

Pan Krzysztof po powitaniu widzów raczył wspomnieć, że trudna droga, którą przeszedł, i nadal przechodzi ze swoim najnowszym filmem wynika być może z faktu, że jest „niedzisiejszy”, bo opowiada o „dwóch wyzwolonych kobietach, które prześladują katolika. A znacznie lepiej byłoby, gdyby było odwrotnie”. Być może jest w tym nieco racji. Z pewnością jednak nie warto całej winy za niepowodzenie zrzucać na „lewaków”. Myślę, że gdyby scenariusz „Obcego ciała” był nieco mniej „kanciasty” i nakreślony subtelniejszą kreską jego odbiór byłby zdecydowanie lepszy. Pokusa obarczania innych winą za porażki jest i nam bliska. Przecież to przez system, państwo, Unię, nauczycieli, wykładowców, Platformersów, Pisiorów, episkopat, genderowców, feministki, mohery lub cyklistów coś znów nam nie wyszło. Bo przecież nie przez nasz brak kompetencji, lenistwo, niedouczenie lub brak staranności czy dyscypliny.

  1. Bez upraszczania

Uciekajmy od prostych schematów, zwłaszcza jeśli chodzi o myślenie o innych ludziach. Nie wciskajmy ich do szuflad. Nie przerzucajmy do katalogów i nie obwieszajmy etykietami. Powściągnijmy też nieco wyobraźnię, gdy kreujemy sobie czyjś obraz, nawet jeśli czynimy to w dobrej wierze na przykład chcąc wytłumaczyć czyjeś zachowanie. Wszak to, że ktoś jest wredną, pozbawioną moralności (przepraszam) wywłoką nie znaczy że musi być, jak portretuje to Krzysztof Zanussi, adoptowaną i niekochaną nigdy przez matkę córką stalinowskiej sędzi, która skazywała opozycjonistów na karę śmierci. Może być po prostu nieszczęśliwą zranioną kobietą. I odwrotnie. Nie oczekujmy, że każdy katolik z różańcem na palcu będzie dla nas oparciem w trudnych chwilach i wzorem cnót. Nie upraszczajmy życia do naszych kategorii, by uzbroić się do przejścia prawdziwej próby wiary, która pojawia się wtedy, gdy cios pada ze strony, z której nigdy byśmy się nie spodziewali.

  1. Klarowni, lapidarni i otwarci

Gdy podejmujemy temat wiary w rozmowach z ludźmi dalekimi od Kościoła trzeba byśmy byli świadomi tego o czym mówimy i co chcemy przekazać. Nie próbujmy podczas jednego spotkania wyłuszczyć całego bogactwa katolicyzmu. Nie uda się. Nie zdołamy także podzielić się wszystkim co nas w nim zachwyca i pociąga. Uda się natomiast z pewnością opowiedzieć o jednym konkrecie z mojego życia, które jest przykładem na obecność i działanie żywego Boga w mojej codzienności. Uda się też z pewnością zamilknąć, by posłuchać tego co ma do powiedzenia mój rozmówca. Otworzyć się na, być może, zupełnie odmienny wszechświat doświadczeń, lęków i pragnień. I poszukać tego co nas łączy. Miejsca, w którym możemy się spotkać, nie koniecznie przekonując się wzajemnie do czegokolwiek.

  1. Filmowe inspiracje

„Obce ciało” jest kolejnym dowodem na to, że dobrym punktem wyjścia (na przykład podczas spotkań formacyjnych) do rozmowy na temat wiary, moralności czy Kościoła wcale nie musi być film podejmujący te wątki wprost. Z całym szacunkiem dla mistrza, ale jestem pewien, że o wiele bardziej inspirujące do dyskusji na temat powołania byłaby dla małżonków, wyprana z wątków światopoglądowych „Droga do szczęścia” Sama Mendesa czy „Małe Dzieci” Todda Fielda”. O wierze i obecności Boga w życiu z pewnością łatwiej byłoby rozmawiać przy okazji analizy „Powrotu” Andrieja Zwiagincewa czy nawet „Trzeciego” Jana Hryniaka niż po słabej ekranizacji Ewangelii. Nie wspominając już o problemie szeroko pojmowanej moralności. Przykładów, które mogą zostać poddane krytycznej analizie kino współczesne dostarcza wszak nieustannie. Zanim zatem podejmiemy decyzję o wspólnotowym wyjściu do kina na film z metką „chrześcijański” warto się zastanowić, czy aby na pewno jest to najlepszy (a nie najwygodniejszy) z możliwych wyborów.

Zdjęcie: materiały prasowe

Dodaj komentarz