Autobusy i tramwaje

Autobusy i tramwaje

Gdy jest rano i ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę jest wizyta na moim wydziale, ludzie są bardziej apatyczni ode mnie, a na dodatek jest zima i w ogóle lipa… to pozostaje mi pewna alternatywa: wyjąć słuchawki i sycić się jakimś łomotem, albo zdjąć z nadgarstka pomarańczową opaskę.

Mam ogromny dług wobec Zarządu Transportu Miejskiego. Nie chodzi o mandaty, bo tych nigdy nie musiałem płacić, lecz o pewną małą terapię, którą mi zapewnia. Co do jej skutków i metod mam w prawdzie pewne zastrzeżenia, ale cóż zrobić, gdy chodzi o kurację prowadzoną przez samego siebie.

W autobusach, tramwajach czy wagonikach metra przeżywam swoje życie. Tak mi się jakoś porobiło, że podróże, nawet te najkrótsze, skłaniają mnie do rozmyślań, a że codziennie jeżdżę autobusem, to niestety myślę w życiu za dużo. Często wychodzę z domu i na jednym z okolicznych przystanków łapię okazję do rozmyślań. Wsiadam do autobusu: on jedzie swoją trasą, a ja trasą swoich autowzburzeń. Czasami się cieszę, że nie mieszkam na przedmieściach, bo nie wytrzymałbym ze swoimi myślami zbyt długo.

Podczas takich podróży mam kilka stałych zajęć. Chyba nieco innych od typowego myślenia człowieka w autobusie – jeśli takowe istnieje. Nie myślę o tym, że na obiad kotlet, a i jarać się chce, a w autobusie nie wypada, więc do przystanku pozostanie tylko myśleć i ściskać ramę szlugów trzymaną w kieszeni, albo że dzisiaj jeszcze trzeba zrobić to, co wczoraj się olało, a i dzisiaj się to zrobi. Ja, aby nie stać się poważanym komunikacyjnych filozofem, tworzę na przykład teledyski do piosenek, których właśnie słucham. Odtwarzacz proponuje mi piosenkę, a ja sobie obraz. Nawiasem mówiąc, dawno nie widziałem teledysku, który by mi się podobał. Mogę też na wzór filmowej Amelii próbować układać alternatywne wersje wydarzeń, które właśnie się toczą, ewentualnie wymyślać biografię ludzi, którzy tak jak ja są skazani na stanie w korkach. Mam też parę innych komunikacyjnych form rozrywki, ale nie będę Cię, Drogi Czytelniku, zanudzał, bo pewnie i tak zdążyłem już to zrobić. Bywa i tak, że się odmóżdżam. Zakładam słuchawki, wciskam plusik przypisany do natężenia dźwięku do oporu (R równe U przez I) i znikam. A mój brak znaczy tyle samo, co moja obecność.

Jest też ostatnia aktywność. Najbardziej usystematyzowana, zaczynająca się od prostych ruchów (te opiszę za chwilę) i tak jak większość poprzednich jej koniec jest nieprzewidywalny. Zdejmuję z lewego nadgarstka pomarańczową opaskę z gumy. Biorą ją w prawą dłoń i kciukiem przytrzymuję w miejscu, gdzie jakaś maszyna wytłoczyła krzyż. Robię prawą ręką cztery ruchy. Od serca: góra, dół, lewo, prawo. Robię to, co maszyna już na moim różańcu zrobiła przede mną. I płynę…

Właściwie to jadę tym autobusem, czy tramwajem, mogę się też kisić w metrze, ale tak naprawdę odpływam, odlatuję, często poza świat. Stawiam swoje kroczki w chmurach i są to jedne z najmocniejszych przeżyć w ciągu dnia. Czasem jedyne, w których wykazuję inicjatywę.

I to się powtarza, i ja się powtarzam. Pięćdziesiąt razy mówię jedną kwestię, za każdym razem mój kciuk zmierza w stronę kolejnej wypustki na różańcu. Ludzie dookoła mi nie przeszkadzają, ja stoję, ściskając różaniec i szepczę, bo nie potrafię robić tego bezgłośnie. I pewnie wyglądam jak chory psychicznie, gdy ze wzrokiem utkwionym w jedno miejsce mamroczę coś pod nosem. Być może kiedyś zapewniłem zgłodniałemu ucieczkę od samobójczych myśli o kotlecie, albo przypomniałem komuś , że ma coś do zrobienia.

To jest mój czas, by nie zwariować, żeby „zrzucić ciężary na Jezusa”. Wtedy bezsilność przestaje mieć znaczenie, a z tej modlitwy rodzi się we mnie siła. W samym centrum miasta, w podziemnych tunelu czy wsiadając punkt 23:12 w ostatnie 509 z Tarchomina do domu ściskam mój gumowy różaniec. Wczepiam się całym sobą w ramiona Chrystusa i tak już zostaję.

 

komentarze 2

  1. Paulina · 9 sierpnia 2014 Odpowiedz

    Arturze! To dla mnie mega świadectwo!
    Do tej pory miałam dużo czasu na rozmyślanie o głupotach w komunikacji miejskiej…od tej pory będę mieć dużo czasu na różaniec (może wreszcie się do niego przekonam)! Naprawdę jest mi wstyd, że wcześniej nie wpadłam na to, że mogę robić coś pożyteczniejszego podczas podróży niż granie na telefonie czy też setny raz oglądanie wciąż tych samych widoków za oknem.

  2. Marian · 4 września 2014 Odpowiedz

    R=U/I – zgadza się

Dodaj komentarz