Bylejakość

Bylejakość

Rzadko otwieram tylko jedną zakładkę. Zwykle są trzy, cztery, pięć, siedem. Jednocześnie odpalam fejsa, jedno konto na gmailu, drugie konto na gmailu, youtube’a, google’a na wszelki wypadek, portal z wiadomościami. Potem gorączkowo przemieszczam się między nimi, raz tu, raz tam; gubię się w gąszczu informacji potrzebnych i bezużytecznych. Usiłuję ogarnąć wszystko w jednej chwili – bo trzeba szybko, tyle jest do zrobienia!

Nie mogę pozwolić sobie na przeczytanie całego artykułu, ale na przejrzenie tablicy na fejsie – jak najbardziej. To przecież tylko „chwila” (!). Doprowadzam do absurdalnych sytuacji jednoczesnego słuchania i czytania. Wtedy mój mózg wyłącza się.

Żyjemy w epoce natychmiastowego uzyskiwania informacji, metody kopiuj-wklej, oszczędzania czasu na czytaniu o czymś tylko po to, aby zyskać go więcej na bezmyślne przeglądanie fejsbuka. Panuje moda na tumiwisizm, obnoszenie się z byciem ponad: ponad szkołę, uczelnię, prace domowe, egzaminy; moda na nieprzepracowywanie się, pokazywanie swojej ‘wolności’ przez nicnierobienie; niechęcią napełnia nas wkładanie wysiłku w cokolwiek. Po co słuchać wykładu, skoro można być wpatrzonym w jasny ekran smartfona? Zewsząd, jak opadająca mgła, osacza nas… bylejakość.

A przecież Pan Bóg chce nas widzieć doskonałymi! Powołuje każdego z nas, bez wyjątku, do świętości, czyli do perfekcyjności. Nie jest to znowu niczym zaskakującym – to naturalne. Ja też chciałabym, żeby ludzie, którzy mnie otaczają byli doskonali. Moi przyjaciele. I mój przyszły mąż. A potem moje dzieci. Nie chcę, żeby byli bylejakimi ludźmi – chcę dla nich doskonałości!
Jest to coś, co absolutnie zachwyca mnie w chrześcijaństwie: nacisk na rozwój, na to, żeby nie stać w miejscu; motywowanie, kibicowanie, wspieranie. Bóg nie chce, abyśmy przez całe życie byli tacy sami, ale chce, żebyśmy się rozwijali! Dlatego też stworzył dla nas szkoły, uczelnie, konkretne miejsca pracy, dom jako miejsce wzrostu, wspólnoty, by rozwijać relacje; i dalej: talenty, pasje…
Tak sobie myślę, że fajnie byłoby rozpoznawać swoich braci chrześcijan właśnie po perfekcyjności. We wszystkim! W perfekcyjnym zmywaniu naczyń, w perfekcyjnym zamiataniu podłogi, w perfekcyjnym niespóźnianiu się do szkoły, do pracy, na spotkania. W perfekcyjnej delikatności wobec drugiego człowieka i wrażliwości na jego uczucia. W patrzeniu z miłością, a nie z szyderstwem. W doskonałej wierności modlitwie, porządnym Namiocie Spotkania każdego dnia; byciu gorącym zamiast letnim. Mamy być światłem świata, pamiętacie?

Zdjęcie (modyfikowane/cropped): Small children washing and drying dishes, The University of Iowa, 1920s (CC BY-NC 2.0) Iowa Digital Library

komentarzy 6

  1. xbk · 3 stycznia 2016 Odpowiedz

    Bardzo podoba mi się ten artykuł. Jednak słowo „perfekcjonizm” zamieniłbym na „najlepiej jak potrafie” lub „na 100%”. Bo perfekcjonizm potrafi być bardzo zgubny… I nie dla każdego osiągalny. Niektórych rzeczy po prostu nie jesteśmy w stanie zrobić idealnie. Ale ZAWSZE możemy dać z siebie wszystko! I chyba o to właśnie w życiu chodzi 🙂

  2. Radek · 4 stycznia 2016 Odpowiedz

    „Trzeba się wystrzegać pewnego nieporozumienia. Nowy człowiek to niekoniecznie człowiek wolny od grzechów i niedoskonałości, człowiek święty, doskonały. Gdybyśmy tak rozumieli to pojęcie „nowy człowiek”, „nowe stworzenie”, to – wnikając w siebie – musielibyśmy dojść do przekonania, że nie ma w nas jeszcze tego nowego czlowieka, że nie jesteśmy jeszcze nowym stworzeniem. I że bardzo nam do tego daleko, żeby być człowiekiem według myśli Bożej.
    (…) Cechą nowego człowieka jest to, że – chociaż niedoskonale, ciągle jeszcze upadając, bo nosi w sobie jeszcze jarzmo starego czlowieka – żyje on w gruncie rzeczy dla Boga i na Nim opiera swoją nadzieję.” xfb

  3. Agnieszka Majcher · 4 stycznia 2016 Odpowiedz

    Księże Bartku – ja rozróżniam też perfekcjonizm i perfekcyjność, choć nie wiem, czy potrafię dostatecznie jasno dla wszystkich wytłumaczyć czym one różnią się dla mnie. Perfekcyjność o której pisałam, dla mnie osobiście jest jeszcze daleko, daleko… dlatego tak uparcie traktuję ją jako cel. A „najlepiej jak potrafię” jest fajne, ale… chyba łatwo można przesuwać sobie granicę, prawda?

    Radku – miło mi (nam) będzie, jeśli do cytowanego fragmentu dodasz jeszcze swoją interpretację. Ja zinterpretowałam Twój komentarz jako… uzupełnienie i potwierdzenie mojego tekstu. Czy właściwie?

    • Radek · 5 stycznia 2016 Odpowiedz

      Można tak się skupić na tej doskonałości, że…
      „Kiedyś odprawiałem codziennie nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Później ta praktyka gdzieś mi się zagubiła. Dzisiaj, w czasie wspólnej Drogi Krzyżowej uświadomiłem sobie jak przewrotne było wówczas moje nastawienie, z jakim odprawiałem to nabożeństwo. Niby to było dobre, naprawdę „wewnętrzne” – w duchu nadprzyrodzonej pracy nad sobą. Przy każdej stacji uświadamiałem sobie krótko jej sens – sam fakt w niej przedstawiony i jego znaczenie mistyczne, głębsze – Chrystus cierpiący za wszystkich ludzi i za mnie, i w duszach wszystkich ludzi. (…) Tak się modliłem przy każdej stacji – usilnie i z wysiłkiem. Niby to jest dobre, w duchu nadprzyrodzonym życia wewnętrznego… A jednak – to było w istocie wstrętne! – Wcale nie rozważałem męki Chrystusa, nie myślałem o Jego miłości, nie dziękowałem Mu za odkupienie – tylko cały czas myślałem o sobie, o własnej doskonałości. Kierowało mną pragnienie doskonałości, aby móc mieć w niej upodobanie – pragnienie „bycia świętym” we własnych oczach. I chociaż formalnie niby prosiłem o dobre rzeczy, w istocie kierowała mną pycha. I dlatego oczywiście nic nie uprosiłem, nie skruszyłem mego serca, nie posunąłem się naprzód w doskonałości. Co za potworna zasadzka pychy, jak ona się wkrada do najświętszych rzeczy i zaślepia!”(6.10.1984r.) xfb

    • ks. Bartłomiej Kopeć · 6 stycznia 2016 Odpowiedz

      He he… Masz rację Agnieszko, że łatwo można przesuwać swoje granice. Ale większość ludzi wie, kiedy daje z siebie wszystko, a kiedy podchodzi do jakiejś sprawy byle jak. Wystarczy odrobina szczerości z samym sobą.
      Gdybym na przykład chciał napisać bajki perfekcyjnie, to prawdopodobnie nigdy bym żadnej nie skończył. Bo nigdy nie jestem do końca zadowolony i ciągle coś mi w nich nie pasuje. Jednak zrezygnowałem z perfekcyjności na rzecz działania; nawet jeśli dalekiego od ideału. Po prostu staram się dawać z siebie w danej chwili wszystko.

  4. Radek · 6 stycznia 2016 Odpowiedz

    Aaa! Dostałem rykoszetem! Strzelałem z „Blachnickiego” i mnie trafiło. Ale byłem wstrętny dla Was. A jakie dobre intencje miałem… Przepraszam!

Dodaj komentarz