Chodzenie po wodzie

Chodzenie po wodzie

Chodzenie po wodzie jest jak muśnięcie porannej rosy.

Chodzenie po wodzie jest jak utrata i zdobycz w jednej chwili.

Chodzenie po wodzie jest jak milczenie, gdy tysiąc słów wyrywa się z gardła.

Czyli jakie jest? Obawiam się, że wielu powie: nieosiągalne! „Jaka zgrabna dykteryjka”- pomyślałam i szybko pobiegłam do swoich pilnych spraw. Ale temat zaczął drążyć, dreptać i ugniatać… i po tygodniu wróciłam do czystej kartki papieru, by zapisać co następuje.

W czasach gdy coraz bardziej widać, że studenci udają, że się uczą, a wykładowcy udają, że tej wiedzy wymagają. W czasach gdy rodzice udają, że wychowują (obdarowując dobrociami wszelakimi), a dzieci udają, że się wychowaniu poddają (skrzętnie pielęgnując swój odrębny świat – czasem piękny, czasem niebezpieczny). Wreszcie w czasach, gdy księża udają, że katechizują, a uczniowie już przestali udawać, że chcą w tym uczestniczyć, chodzenie po wodzie staje się niemal niemożliwe.

Dlaczego? Bo tracimy punkt odniesienia. Tafla wody to nasz horyzont, nasz kontekst, nasz grunt i punkt odbicia. Kiedy wszystko staje się takie płynne (ponowoczesne powiedzą ludzie z mojej branży) – trudno być jakimś /odmiennym. By być innym – trzeba być innym od czegoś!  Trudno zrozumieć w czym i jak mam przekraczać swoje granice i wreszcie trudno też o motywację. Bo jeśli każdy jest „superwow” przez banalne sprawy – to może nie trzeba się aż tak starać.

Chodzenie po wodzie wymaga i odwagi i uległości. Sprzeczność? Tak – chodzenie po wodzie to przecież sprzeczność sama  sobie.

Byłam niedawno na KODA i w na Omie Diakonii Szkoły Animatora w Rybakach i przysięgam chodziliśmy po wodzie. Każdy z nas miał szanse skosztować tego co nas przekracza. Tego, co jest ponad, ale nie jest obok. Jest blisko, a jednak odległe. Silne a delikatne. Ulotne a przynoszące tak realne zmiany. Widziałam to w sobie, w tych z którymi byłam i w wydarzeniach, które się działy.

Trzeba nam, byśmy choć raz na jakiś czas pochodzili po wodzie. Trzeba, by nasze wspólnoty poczuły ten smak. Trzeba nam zakosztować tego, że On nas unosi – że dajemy się unieść. To nasz horyzont, nasz punkt odbicia, nasz grunt.  „To niemożliwe” – powiedzą niektórzy? Czy aby na pewno? 🙂

Zdjęcie: Bartek Pulcyn

Dodaj komentarz