Cierpienie Weroniki

Cierpienie Weroniki

Była piękna, zjawiskowa, o dużych oczach, gęstych blond włosach delikatnie opadających na ramiona. Poruszała się cicho, jakby szeptem stąpała po zimnej posadzce kościoła. Zawsze wybierała to samo miejsce w jednej z tylnych ław, tam gdzie przed wieczorną mszą świętą padały ostatnie promienie zachodzącego słońca, przez witraż (św. Franciszka Salezego) wychodzący na zachód.

Kiedy pojawiła się po raz pierwszy wzbudziła zainteresowanie i ciekawość. Nie było wiadomo skąd jest, ani czym się zajmuje. Niektórzy spośród śmielszych młodzieńców zagadywali ją lub puszczali oko. Troskliwsze, starsze panie także próbowały okazać delikatne, czułe, jakby matczyne zainteresowanie. Nikt jednak nie dostał w odpowiedzi nic więcej niż tylko tajemniczy uśmiech.

Na początku to tylko podsycało ciekawość. Mówili nie tylko do niej, ale i o niej. Chcieli się dowiedzieć. Chcieli ją poznać. Ale szybko wzięła górę niecierpliwość, a po niej – zniechęcenie. Zimą już mało kto zwracał na nią uwagę. Niektórzy tylko patrzyli z ukosa, z nieufnością. Może dla nielicznych pozostała obiektem westchnień, ale chyba nikt nie traktował jej poważnie, jak dorosłej osoby.

Mówili, że trzeba przecież w jakiś sposób się komunikować, żeby się porozumieć. Że nie wiadomo kim ona jest. Może ma coś na sumieniu. Może będzie jakimś zagrożeniem. Kto wie, czego można się po niej spodziewać? A może… może nie jest zupełnie… normalna? Tak snuły się domysły, jak paciorki różańca, z wolna, w powolnym rytmie życia tej wsi, społeczności, parafii. Stronili od niej, bo się bali, bo jej nie znali. Na ulicy mijano ją w ciszy. Ona jednak nie traciła pogodnego uśmiechu, choć w oczach odbijała się jakaś ogromna tęsknota.

W święta, gdy jej szyję otaczała piękna, czerwona chusta, ustawiła się w procesji by przyjąć komunię. Znów zaistniała, spoglądali ukradkiem. Tylko ksiądz i Jezus w Eucharystii zobaczyli – gdy otworzyła usta wewnątrz nie było języka, tylko blizna.

***

Daj mi Boże powściągliwość w wydawaniu sądów. Przyjęcia, że ludzie mogą czuć i myśleć zupełnie inaczej, nawet jeśli wierzą w Tego samego – Ciebie – co ja. Proszę o umiejętność przyjęcia osób, których cierpienia nie rozumiem, które mnie przekracza, któremu nie jestem w stanie ulżyć, w które nie jestem w stanie wejść. Bycia dla nich bez względu na trudności.

Zdjęcie (modyfikowane/cropped): Stained glass reflections (CC BY-NC-SA 2.0) StripeyAnne

1 Komentarz

  1. Anonim · 16 grudnia 2015 Odpowiedz

    Dzięki, Michał.

Dodaj komentarz