Cisza pełna miłości

Cisza pełna miłości

Cisza. Dla jednych jest udręką, a dla innych błogosławieństwem. Jedni widzą w niej przerażającą nicość, a drudzy upatrują szansę na spotkanie samego siebie i bożego głosu. Dla mnie cisza jest przyjaciółką.


Wydaje mi się, że zawsze lubiłem samotność i brak bodźców dźwiękowych. To mnie uspokajało i pozwalało przemyśleć wiele spraw. Cieszyły mnie momenty, gdy mogłem pobyć sam i nie komunikować się z nikim. Mogę też powiedzieć, że w czasach liceum celebrowałem ciszę, bo od ostatniego „dobranoc” wypowiedzianego wieczorem do rodziców, aż do przywitania znajomych na stacji kolejowej (czasem jeszcze później, dopiero w szkole), z nikim nie rozmawiałem. To był mój czas. Dlatego denerwowałem się, kiedy mój starszy brat jechał tym samym pociągiem i nie zamykał swojej buzi, odkąd tylko spotykał mnie w kuchni na śniadaniu.

Czym innym jest jednak nauka ciszy. Tę rozpocząłem dopiero w seminarium. Jako młodzi alumni zostaliśmy przywitani tygodniowymi rekolekcjami w ciszy. Później co dwa tygodnie częstowano nas weekendowym dniem skupienia – również w ciszy. W połowie roku odbyliśmy również pierwszy tydzień rekolekcji ignacjańskich. Trzeba też wspomnieć o codziennym silentium obejmującym godziny nocne (od 21:00 do 8:00) oraz indywidualne studium (jakieś 4 godziny po południu – niestety ta cisza bardzo często cierpiała). To doświadczenie pozwoliło mi naprawdę pokochać moją przyjaciółkę. Całe szczęście ona nie pozostawała dłużna, bo często leczyła moje serce z braku miłości do innych.

Pierwszą osobą, którą pokochałem dzięki ciszy był mój kolega kursowy, a było to podczas rekolekcji wejściowych w seminarium. Nie znałem go zupełnie, nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy, nie siedzieliśmy razem w ławce. Mimo to, kiedy go widziałem – gdzieś na korytarzu, albo w kaplicy – zaczynałem się cieszyć. Po tygodniu milczenia usiedliśmy naprzeciwko siebie, obaj uśmiechnięci, i zaczęliśmy gadać, jak starzy druhowie. Kolejnym owocem milczenia był mój kolega z ławki w kaplicy. Od samego początku bardzo go nie lubiłem, ale poranne medytacje nauczyły mnie patrzeć na niego z miłością.

Takich osób było jeszcze kilka, ale ten wpis został zainspirowany dwójką młodych ludzi, których pokochałem w minione Triduum Paschalne – właśnie dzięki ciszy. Oni przypomnieli mi, jak rekolekcyjne silentium potrafi tworzyć atmosferę miłości. Wydaje mi się, że nie odkryłem w tej materii żadnej Ameryki, bo potwierdzą to również wszyscy ci, którzy byli na milczących rekolekcjach – niezależnie od tego, czy były to ignacjańskie, kamedulskie czy oazowe: spotkanie w ciszy jest pełne miłości. Życzę go również Wam!

Zdjęcie: silence (CC BY-NC 2.0) Thomas K.

Dodaj komentarz