Daj mi trochę czasu

Daj mi trochę czasu

„Trzeba żeby po Twoim postępowaniu można było poznać, że nie trzepoczesz się bezmyślnie w życiu, lecz masz przed oczyma cel, ku któremu zwracasz wszystkie swoje myśli”, mówił w II wieku po Chrystusie Marek Aureliusz. „Oh, seriously?”, chciałoby się rzec.

Ile razy w ciągu dnia, tygodnia, stwierdzam, że coś jest bez sensu? Nie wiem, często. Nie piszę tu tylko o swoich działaniach, często (a może częściej?) moje słowa odnoszą się do zachowań innych.

Na studiach dużo mi mówią o celowości działań, o tym, że jeśli staję przed grupą to powinnam mieć cel warsztatów, zajęć, lekcji. Mówią o celach ogólnych i szczegółowych – długo- i krótkodystansowych. Chyba właśnie dzięki temu zaczęłam przyglądać się sobie i swoim znajomym i coraz częściej zadawać pytania „po co?”, „dlaczego?”, „tylko co chcesz tym osiągnąć?”.

To śmieszne – żyjemy w świecie, gdzie bieg i kompletny brak celowości, mieszają się z planowaniem całego życia co do minuty. Mój grafik zapchany jest do końca roku, przekładam spotkania umówione dwa tygodnie temu, żeby zrobić coś, co nagle mi wypadło. Wiem po co kończę studia i gdzie będę po nich pracować, we wrześniu planuję Sylwestra, a w listopadzie wakacje. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, a praktycznie – czy wiem PO CO to wszystko? Trudno wymagać od kogokolwiek, żeby robiąc sobie herbatę zastanawiał się, dlaczego ją robi, ale czy w naszym codziennym działaniu, są jakieś mniejsze cele, które składają się na jeden, większy, dotyczący całego życia?

Pamiętam, że poszłam kiedyś na imprezę z kolegą, który miał „oazową przygodę”, ale w tamtym czasie mało kto już o niej pamiętał. Podczas zabawy do Pawła podszedł jeden z moich pijanych kolegów i spytał go, bez zagajania o bzdurach: „jaki jest cel twojego życia?”, a on bez sekundy zastanowienia odpowiedział „zbawienie”.

Mimo że od tamtej sytuacji minęło ponad 6 lat i pewnie sam Paweł tego nie pamięta, to ja wciąż nie mogę wyjść z zaskoczenia jak łatwo i szybko przyszła mu ta odpowiedź.

W dywagacjach na temat celu przemawia do mnie Marian Pirożyński w swojej książce „Kształcenie charakteru”.

Pisze on o tym, że jeśli w życiu będzie jeden, jasno określony cel, to „wszystkie inne cele podporządkują mu się i człowiek będzie zmierzał wprost do niego, nie tracąc energii na drobiazgi (…). Bez celu porządkującego życie wszystko się rozprzęga, a człowiek staje się podobny do piłki tenisowej, którą warunki zewnętrzne raz w tę, drugi raz w tamtą stronę przerzucają.”

Pirożyński pisze o przymiotach, jaki najwyższy cel powinien posiadać:

1) Cel powinien być ostateczny – człowiek dąży do niego samego, a nie do czegoś wyżej i dalej za nim

2) Cel powinien być ponadczasowy – jeden i ten sam dla pokoleń, ale również na wszystkie okresy życia

3) Cel powinien zaspokoić wszystkie rozumne pragnienia natury ludzkiej – bo zaspokojenie tych pragnień daje szczęście

4) Cel powinien być możliwy do osiągnięcia dla wszystkich ludzi

Według Pirożyńskiego celem nie może być bogactwo, rozkosz cielesna, honor, wiedza, władza, czy szczęście ludzkości. Dlaczego? Bo każde z nich nie spełnia któregoś z opisanych wyżej, czterech przymiotów.

„Celem ostatecznym człowieka może być tylko Ten, Kto jest jego pierwszą Przyczyną – BÓG -Stwórca Wszechświata i Dobro Najwyższe”, pointuje Pirożyński.

 

Dawno nie witałam na Tamaryszku. Co prawda ten post powstał na początku listopada, ale zawsze coś powstrzymywało mnie przed publikacją. Moja nieobecność nie jest… obecna tylko tu. Cierpię na chroniczny brak czasu. Brak mi go na spanie, spotkania z ludźmi, na czytanie, pisanie, ćwiczenie,  maile czekające od tygodni na moją reakcję i na to, co tylko można sobie jeszcze wymyślić. Żeby zrobić coś nad „stałe punkty programu”, muszę rezygnować z innych rzeczy – najczęściej spania, które zimą tak nęci i kręci.

Po co to piszę? Żeby się skarżyć, usprawiedliwiać? Gdzie tam, „był czas przywyknąć”, jak mawiał klasyk.

Odkryłam, że na ten brak czasu cierpię nie tylko ja. Na pytanie „co lubisz robić w wolnych chwilach?”, coraz częściej odpowiadamy „nie mam wolnych chwil” albo „śpię”. Dlaczego? Może właśnie przez ten brak perspektywy celu.
Może najwyższy czas… dać sobie trochę czasu, zastanowić się o co tak naprawdę mi chodzi? Uporządkować priorytety, plan dnia i „nie trzepotać się bezmyślnie w życiu”?

 

PS.  Nie wiesz, kiedy to zrobić? OMSA już w ten weekend! 🙂

Zdjęcie Magical Merry Go Round (CC BY-NC-SA 2.0) Floyd Stewart

komentarze 4

  1. 7lwt · 12 grudnia 2014 Odpowiedz

    Brawo!!
    Potrzebowałem tego tekstu.
    Chociaż powstrzymywałem się przed zajrzeniem tutaj… z powodu braku czasu, hehehe….
    Było warto 🙂

  2. abcd · 14 grudnia 2014 Odpowiedz

    Jeśli się przyjmie zbawienie jako rzeczywisty cel życia, tak na serio i z pełnymi tego konsekwencjami, to każda decyzja i każdy krok jest świadomie podejmowany z pełną odpowiedzialnością. Oczy utkwione w niebie i życie ukierunkowane na życie wieczne daje tak duży dystans do codzienności i wszystkich problemów, że faktycznie człowiek żyje w wolności. Każda sytuacja i każde cierpienie jest do zaakceptowania i żadne konsekwencje wynikające z życia wiarą we współczesnym świecie nie są przeszkodą w byciu prawdziwie uczniem Jezusa. Jest w tym tylko jeden problem, jest to bardzo, bardzo trudne i bez łaski i darów Ducha Świętego niemożliwe. Trzeba się zwyczajnie o tę łaskę ubiegać w codziennej modlitwie i adoracji czego w adwencie wszystkim czytającym ten tekst życzę.

    • Marek · 14 grudnia 2014 Odpowiedz

      Pozwolę sobie nie zgodzić się z przedmówcą ABCD (???). Bardzo trudno jest mi zrozumieć sens tej wypowiedzi. Zauważam tam bardzo wiele haseł, a niektóre z nich są w moim przekonaniu nieprawdziwe.

      Dwie sprawy:
      1. Wydaje mi się, że nie musimy prosić o łaskę i Dary Ducha Świętego, gdyż już dawno je otrzymaliśmy. W żadne sposób nie możemy spowodować, że dostaniemy ich więcej lub mniej. Naszym powołaniem jest świętość. Bóg codziennie woła nas i zaprasza do tego byśmy postępowali według Jego woli. Pytaniem jest jednak co my robimy?
      Patrze za okno i akurat pada okropny deszcz. I pada on na sprawiedliwych i niesprawiedliwych…

      2. Nie rozumiem co ABCD ma na myśli używając zwrotu „oczy utkwione w niebie”? Czy chodzi o oderwanie się od wszelkiego przywiązania do spraw materialnych? Ucieczkę od rzeczywistości?

      Byłbym niezmiernie wdzięczny gdybyś mógł/mogła jakoś wyjaśnić moje wątpliwości?
      Z Bogiem!

      • ABCD · 15 grudnia 2014 Odpowiedz

        Drogi Marcinie, dziękuję za pytania, które brzmią logicznie i konkretnie. Sposób ich sformułowania sugeruje mi, że jesteś osobą pragmatyczną zatem postaram się bardzo pragmatycznie ująć to co zostało wyrażone w uprzedniej wypowiedzi. Działanie Ducha Świętego i jak to jest z tymi jego darami. Posłużę się przykładem może trochę nieudolnym ale dla kogoś konkretnego i pragmatycznego może bardziej czytelnym niż filozoficzne komentarze. Jeśli natomiast drogi Marcinie jesteś humanistą to poniższy tekst pomiń bo będzie brzmiał dla humanisty jak bredzenie i zajrzyj do linku, księdzem nie jestem ale ten tekst mnie ujął więc polecam:

        http://www.vatican.va/holy_father/john_paul_ii/letters/documents/hf_jp-ii_let_31031998_priests_pl.html

        Jeśli jesteś umysłem ścisłym to taka mała, trochę nieporadna przenośnia:
        Gdy urodził się mały Kuba, jego ojciec postanowił, że Kuba będzie super informatykiem. Jak wiadomo doskonałość wymaga treningu więc ojciec od urodzenia dokładał starań by kształtować w Kubusiu umiejętności przydatne informatykowi (inteligencję, koncentrację, logikę myślenia, umiejętności analityczne itd…) Czuwał na tym by rozwój Kuby był stabilny i permanentny. Gdy Kuba był większy ojciec uznał, że trzeba dać Kubie komputer by zaczął wprawiać się jego obsłudze. I tu uwaga, Kuba dostał super serwer wyposażony w absolutnie wszystkie super urządzenia peryferyjne, o mocy i wydajności, która zapewniała użytkowanie i nieograniczoną pracę już do końca życia Kuby a na dokładkę, gdyby Kuba zapragnął czegoś więcej ten superkomputer miał możliwość rozbudowy o nieograniczoną ilość charyzmatów. Rzecz jasna, że Kuba nie umiał na początku posługiwać się tym urządzeniem, nie wspominając o bardzo ograniczonej możliwości użytkowanie super biblioteki z różnymi aplikacjami ani nie bardzo umiał wykorzystać narzędzia programistyczne do budowy własnych aplikacji. Jednak na szczęście do serwera ojciec wykupił dożywotni maitenance, taki na poziomie enterprise, SLA 24 x 7 x 365/6 i time responding = 0. Jednym słowem Kuba miał nieustanne wsparcie by rozwijać się jako informatyk bazując na możliwościach super serwera. W miarę jak Kuba dorastał to zdobywał nową wiedzę, umiejętności, doświadczenie, uczył się wykorzystywać komputer coraz lepiej, budował własne aplikacje użytkowe dla innych. Niemniej popełniał też błędy. Im więcej pracował tym bardziej potrzebował wsparcia bo potrzebował bibliotek z notami jak coś zepsuł, potrzebował bibliotek help, porad serwisowych, upgrade niektórych aplikacji do nowszych wersji itd…
        Tak jest z Duchem Świętym i jego darami, dostajemy super serwer, uczymy się z niego korzystać ale potrzebujemy wsparcie 24x7x365/6 bo inaczej serwer po kolejnym naszym upadku też padnie i bez maitenance ciężo będzie go postawić….
        A modlitwa… no cóż…. te noty serwisowe trzeba zgłaszać, trzeba je opisywać i nadawać priorytety, na dokładkę zgłaszając noty serwisowe człowiek sam się uczy i poznaje i ostatecznie się zmienia, jest coraz mądrzejszy, nabiera też ufności, że serwis działa i zawsze można nie niego liczyć… a Duch Święty jest absolutnie super serwisem dla naszego życia, niezawodny, nieomylny, zawsze gotowy, zawsze przygotowany, zawsze obecny, zawsze przewidujący….

        Pytanie drugie o „oczy utkwione w niebie”. Chodzi o pewną stałą postawę w życiu o to by podejmując decyzje na co dzień weryfikować je względem celu nadrzędnego. To jak w algorytmie blok pytania z opcją wyboru „tak” lub „nie” a pytanie jest zawsze jedno, czy dany wybór prowadzi do nieba czy nie. Masz rację, że na pewnym etapie człowiek dochodzi do takiej postawy, że dystansuje się od wszelkiego dobra materialnego, dystansuje się nawet sam od siebie o czym piszą np. św. Jan od Krzyża albo Teresa z Avilla. Sporo na ten temat można napisać, o natchnieniach i poruszeniach Ducha Świętego, o jego nieustannym stwarzaniu, o nieustannym prowadzeniu i obdarowywaniu, o przemianie jakie niesie modlitwa i adoracja, o wzrastaniu w świętości, o umiejętności przyjmowania łaski Bożej, o pozbywaniu się przywiązania do wszystkiego co ziemskie ale nie da się tego wszystkiego opisać w komentarzu. Życzę Ci zatem Marcinie byś Duch Święty podtrzymywał nieustanie w Tobie chęć poszukiwania odpowiedzi i poznawania Boga.
        Co do tekstu o celach i zbawieniu jako celu życia to dodam tylko, że w mojej opinii na samym początku jest MOTYWACJA, to motywacja określa cele, by celem życia było zbawienie trzeba na poziomie motywacji postawić MIŁOŚĆ do Boga. Miłość definiuje cel. Miłość pojawia się z poznaniem, doznanie miłości Boga i chęć Jej odwzajemnienia pojawia się gdy z Nim przebywamy, gdy Boga osobową obecność odczujemy, gdy przebywamy z Nim na modlitwie, adoracji, czytając Pismo Święte. Gdy się w Bogu zakochamy to postawienie zbawienia jako celu życia jest naturalną konsekwencją bo ktoś kto kocha zrobi wszystko by z kochaną osobą być.

Dodaj komentarz