Do dzieła!

Do dzieła!

Mijają godziny, a kolejne myśli wciąż przychodzą do głowy, coraz to wspanialsze, jaskrawsze i bardziej dokładne scenariusze. Już późna noc, pozostało tylko przekręcać się z boku na bok lub próbować dojrzeć sufit w nieprzeniknionej ciemności, gdy gorączka planów nie daje wciąż spokoju. Jak to będzie? Co powiem? Już zdążył przewinąć się pełnometrażowy film z pieczołowicie dopracowanymi dialogami… a przecież jutro, które jest coraz bliżej, niemal paraliżuje ilością obowiązków – szkoła, studia, praca. Znasz to skądś? To dobrze się składa!

Gdy dzwoni budzik, a miasto za oknem już zdążyło dawno ożyć, karcę się za swoje nierozsądne marzycielstwo, infantylne nocne planów snucie, naiwny idealizm. Z uśmiechem pełnym politowania wstaję by usłyszeć drażniący brzdęk zderzania się z brutalną codziennością. Ale to już nieco później, pominąłem bowiem pewien istotny rytuał poranka. Najpierw kilka chwil półprzytomnej poziomej wegetacji, z dziesięciominutową drzemką, jeśli czas pozwala. Chociaż na ogół jest on bezwzględny, wręcz brutalny. Po modlitwie porannej, w kuchni, pociągam za sznurek torebki od herbaty, która kiwa się spowalniana wodą, w górę i dół, żeby przyspieszyć proces parzenia. Ciemne smugi zabawnie układają się w losowe kształty zanim staną się brązowym monolitem.

Natchnienia do czynienia dobra pojawiają się często niespodziewanie, w nocy przed zaśnięciem albo przy piciu herbaty. Bywa, że przychodzą nagle, nieproszone; zarówno te drobne jak i te, które wymagają czasu i wysiłku. Chęć, żeby zrobić coś dobrego. Coś więcej. Pragnienia uczynienia konkretnej realizacji przykazania miłości. Od znanego dominikanina, o. A. Szustaka, usłyszałem kiedyś: „Poznajecie? To właśnie Duch Święty!”. Jego światło potrafi przyjść jakby niezauważenie i skłonić do czegoś tak błahego jak zapytania pozostałych współlokatorów czy nie potrzebują czegoś ze sklepu kiedy idę na zakupy, albo zrobienia jakiejś miłej niespodzianki. Może też wskazać na kogoś i zrodzić w głowie plan, żeby o tego człowieka właśnie dzisiaj zawalczyć, powiedzieć mu o Bogu, zmotywować do nauki czy szukania pracy. Innym razem zwyczajnie skłoni do myślenia czy mogę zrobić coś więcej niż tylko powiedzieć „przepraszam” osobie, której podpadłem, do kreatywności w okazaniu życzliwości.

Czasem jednak te poruszenia, jasne Boże promyki, pozostają tylko w sferze planów i pomysłów, nie znajdują swojej praktycznej realizacji. To ciekawe jak to się dzieje, że takie perełki upadają na ziemię, toną, zostają zapomniane, przepadają po drodze zarośnięte cierniem codzienności. Powodów może być oczywiście wiele, to już zależy od sytuacji. To też domena rachunku sumienia, pytanie o dobro, którego zaniechałem. A często niewinne z pozoru zaniechania bywają brzemienne w skutkach. W tym kontekście wydaje się być też interesujące, że często tracimy (tracę, piszę przecież ze swojej perspektywy) tak dużo energii na walkę ze złem, z pokusami, na zaciskanie zębów i pięści, a tak niewiele na wysiłek wprowadzania dobra w czyn, konsekwencji w realizowaniu szlachetnych planów i inicjatyw.

I jak Duch Święty jest źródłem dobrych poruszeń, tak też tu okazuje swoją moc. Uzdalnia do wprowadzania dobra w czyn. Pokonuje te przeszkody, które stają na drodze. Wyzwala z beznadziejnego pesymizmu, który z góry zakłada, że się nie uda, przed którym tak wyraźnie przestrzega papież Franciszek określając go jałowym. Wyzwala nie tylko z lęku przed porażką, przegraną, ale też reakcją innych czy odrzuceniem. Zamiast na chowanie urazy czy porażki (bo oczywiście nie wszystko się udaje, życie nie jest ścieżką usłaną płatkami róż), zachęci do pielęgnowania dobrych wspomnień. I nie chodzi tu o manipulację, zakrzywianie rzeczywistości. To swoiste wyzwolenie z krępujących więzów, uzdolnienie do czynienia większego dobra. Wtedy zmartwychwstaje nadzieja i odżywają marzenia. Nawet jeśli z pozoru wydają się takie niedojrzałe i śmieszne, to zwykle jest w nich coś wielkiego, dobrego i doniosłego.

Może więc właśnie entuzjazm towarzyszący wielu dobrym, szczytnym planom, który często nie daje spać, nie musi zderzać się z nieprzebytym murem piętrzących się trudności, niezrozumienia przez innych lub braku natychmiastowych, widocznych rezultatów. A nawet jeśli napotka trudności i zmieni się w złość, to ona także będzie siłą napędową do kolejnych działań. Wydaje mi się, że tak właśnie działa Duch Święty, który istotnie zabiega o większą miłość, o to by Słowo nie pozostało bezowocne. Podtrzymuje w dobrym działaniu. Wtedy nie musimy słyszeć brzdęku zderzania się z brutalną rzeczywistością.

Wiele razy dałbym sobie już spokój, powiedział, że mam dosyć, że to koniec, że nie ma prawa się udać. Może nawet nie były to dni, w których miałem jakiekolwiek dobre pomysły, nie mówiąc już o siłach potrzebnych na ich realizację. Chodziło raczej o podtrzymanie życia, dobrych postanowień związanych z wiarą, czy trwanie we wspólnocie. Ale jeszcze nie wszystkie możliwości zostały wykorzystane, jeszcze bowiem gdzieś było światło Ducha Świętego. Może ledwie tliło się w niedogaszonym knotku pośród mroku. Ale przypominało, że to przecież nie może się tak skończyć, tak pozostać. Przecież grób był trzeciego dnia pusty. I był anioł, który ogłaszał niewiastom radosną nowinę – wtedy wszystko dopiero się zaczęło. Światło ma przewagę nad ciemnością.

Od dłuższego czasu dręczy mnie myśl o skonstruowaniu pewnego ciekawego urządzenia o zasadzie działania przeciwnej do nocnej lampki. Gdyby się je włączyło nastawałaby ciemność w całym pomieszczeniu – taka antyżarówka. Niestety, mój niedoszły wynalazek jest skazany na niepowodzenie. Jest w świecie jakaś nieustanna przewaga światła nad ciemnością, życia nad śmiercią, a nawet bytu nad niebytem. Nawet w pozornie pustej przestrzeni, próżni całkowitej, gdzie nie ma prawa nic przebywać, nieustannie pojawiają się cząstki i antycząstki i równie szybko znikają. Potwierdzają to eksperymenty o dumnej i mądrej nazwie „efekt Casimira”.

A zatem jeszcze raz, spójność, jedność poglądów i działań to ogromna wartość; Światło – Życie to także przekładanie się dobrych poruszeń na działanie. To jest coś co pociągało ludzi w bł. Matce Teresie z Kalkuty, św. Janie Pawle II, Franciszku Blachnickim; fakt, że realizowali ideały, którymi żyli. Konsekwentna wiara, która w sposób konkretny i realny znajdowała odzwierciedlenie w sposobie życia i uczynkach, a nie pozostawała tylko czystą teorią i systemem filozoficznym. Dokonuje się to mocą Bożą:

Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą (Flp 2,13).

Z żalem jednak spoglądam na mój kubek, który opustoszał. I pomimo efektu Casimira, nie liczę, na to by ponownie sam się napełnił. Czas wprowadzać w czyn, bez zbytniej opieszałości przejść do pełnego energii działania, zanim będzie „po herbacie”.

komentarze 3

  1. Mosia · 17 czerwca 2014 Odpowiedz

    Kolejny raz się zachwycam zarówno mądrością tekstu jak i stylem pisarskim. Stała Fanka 🙂

  2. G. · 20 czerwca 2014 Odpowiedz

    I ewangelizuje, i robi powtórki z fizyki. Brawo.

  3. X. B · 20 czerwca 2014 Odpowiedz

    Czytam z przyjemnością! Podobne treści poruszają ostatnio moje serce: przewaga światła nad ciemnością, bytu nad niebytem… Optymistyczne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość i obecnych w niej ludzi!

Dodaj komentarz