Działać z miłości

Działać z miłości

Połowa października gruchnęła we mnie swoją mocą znienacka, jakbym zapomniał, że po lecie według decyzji Stwórcy nastąpi jesień. 

Na początek spoiler – temat czasu, po który tak często ostatnio sięgamy pod Tamaryszkiem, zaistnieje także w tym poście. Jesień to ta pora roku, która ma chyba całej populacji przypomnieć, że tak jak w przyrodzie po upale i radości lata przychodzi czas pluchy i zapachu zgniłych liści, tak w życiu kiedyś przyjdzie moment, w którym coraz dotkliwiej uświadomimy sobie, że nas też czeka odejście do lamusa.

Ta rudordzawa aura to znak, że mój czas ucieka. Naturalną koleją rzeczy jest, że mam go coraz mniej. Przylatuje przez moje palca z każdą chwilą. Czas mija i tak sobie myślę, że wraz z nim powinienem dochodzić powoli do najlepszej wersji samego siebie. I nie mówię tu o jakiejś formie samorealizacji, spełnienia zawodowego, bo mam dopiero 22 lata i to naprawdę dopiero przede mną. Problem mam inny. Jestem mimo wszystko dorosły, a dalej nie potrafię właściwie wykorzystać czasu, gdy nie jestem w pracy, na uczelni czy ze znajomymi. Pozostawiony sam sobie albo ten czas marnuje, albo zaczynam myśleć… a myślenie wbrew powiedzeniu potrafi zaboleć.

W tym roku odkryłem, czym jest depresyjność jesieni. Pierwszy raz w życiu muszę wychodzić z domu, gdy jest jeszcze ciemno, a biuro czy mury mojego wydziału opuszczam już po zmroku. Przez długie i ciemnie wieczory spędzone nam książkami człowiek zaczyna, a może, aby nie uogólniać lepiej jest powiedzieć, ja zaczynam drążyć w sobie, sprawdzać i weryfikować swoje wartości. To ostatnio mnie trochę pochłonęło i z tej fali autowzburzeń wynikło jedno: mam problem z miłością. Po prostu nie do końca rozumiem jej sens.

Wniosek, jaki sobie postawiłem brzmi: mam skłonność do traktowania miłości (wielu innych pomniejszych relacji zresztą też) jako rodzaj transakcji. Moje zaangażowanie, wytrwałość, empatia stają się czasem walutą, za którą chcę kupić dokładnie to samo. Nie jest to jednak barter, bo ten zakłada najczęściej partnerstwo i bezinteresowność. Ja stawiam sprawę dość jasno „coś za coś, ja tobie, a ty mi”. Zdarza mi się miłością kupczyć. Jasne, że takie postawienie sprawy może brać się z mojego ciągłego narzekania na siebie i jest tylko wyrywkiem wielu sytuacji, ale są dni czy konkretne relacje, gdzie jestem nastawiony tylko na ten handel. Chcę podkreślić, że nie mówię tylko o relacjach damsko-męskich, ale także o przyjaźniach, relacjach w domu, zwykłym koleżeństwie, czyli o naturalnych środowiskach miłości.

Chcę handlować czymś, co powinienem dostać za friko, bo miłość jest darmowa. Oczywiście jest kosztowna, bo musisz poświęcić siebie, czasem poniżyć, ale nie oczekujesz za nią zapłaty. A przynajmniej nie powinieneś. Działasz z tej miłości. To działanie napędza się przez to, że dajesz za darmo i darmo otrzymujesz.

„Miłość nie może pozostać bez owoców” powiedział kiedyś ks. Franciszku Blachnicki. Owoce rosną przecież za darmo i dojrzeją niezależnie od tego, czy sadownik będzie o nie dbał czy nie. Jasne, że wpływ człowieka jest duży i może spowodować, że z drzewa zerwie cudowne, słodkie i duże okazy. Owoce miłości będą tym lepsze, im lepsza będzie nasza ich pielęgnacja. Logiczne, nie?

Gdy powiedziałem ostatnio komuś o swoich przemyśleniach stwierdził, że „nie da się kochać bezinteresownie. To utopia. Co byś nie zrobił, każdy kocha interesownie”. Może i tak, ale ja nie chcę karmić się czymś osiągalnym, bo się tym najem, spocznę na laurach, Mam 22 lata, jestem młody i muszę marzyć o czymś, czego mogę nie osiągnąć. I takim pragnieniem chcę żyć.

Mała dygresja na koniec. Uniwersytet Warszawski za rok będzie obchodził 200 lat istnienia. Hasłem tej rocznicy jest „Two centuries. Good beginning.” Jeśli mój uniwerek dał sobie dwieście lat na rozruch, to może nie musimy się jakoś stresować, że jeszcze nie wszystko nam wychodzi od razu. Jeśli tak, to chyba nie jest jednak tak beznadziejnie. W perspektywie pór roku dopiero wchodzę w lato życia, więc czasu na poprawę jest mnóstwo. Muszę tylko widzieć właściwy cel.

Zdjęcie (modyfikowane/cropped)I CAME HERE LOOKING FOR MONEY (CC BY 2.0) Neal Fowler

1 Komentarz

  1. Radek · 15 grudnia 2015 Odpowiedz

    Też kiedyś miałem takie dylematy i pogrążyłbym się w naiwności, gdyby nie ks. Dziewiecki:
    „Tymczasem chrześcijańska miłość bliźniego to nie wynik poświęcenia się dla innych ani nie rezultat lęku przed konsekwencjami życia bez miłości lecz to osobisty zysk dla człowieka, który kocha. Każdy człowiek odnosi korzyść, gdy jest kochany. Jednak paradoksalnie największą korzyść odnosi ten, kto kocha innych. Człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże nie może bowiem w pełni zrealizować samego siebie inaczej jak tylko poprzez miłość, czyli poprzez bezinteresowny, szczery dar z samego siebie (por. Gaudium et Spes, 24)”
    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/milosc_blizniego.html

Dodaj komentarz