Dziecinne obrazki

Dziecinne obrazki

Najgorzej było w Sandomierzu.

Upalna majówka, kiełbaski z ketchupem i musztardą na tekturowych tackach z kromką chleba, a my przeciskamy się, by znaleźć kawałek miejsca do przycupnięcia w cieniu. Nieco w oddali tańczą dzieci, występują na scenie, śpiewają, losują, wygrywają, płaczą, wata cukrowa, lody, komuś wypada słodka bułka i toczy się po trawie. Festyn pełną parą i tłum nieco przytłaczają. Wreszcie wchodzimy do budynku tamtejszego seminarium, gdzie chłodne i rozległe korytarze przynoszą ulgę swoim cieniem. Oprowadza nas bodaj jakiś kleryk. Na ścianach wiszą malowidła przedstawiające św. Stanisława Kostkę. Jedno z nich szczególnie przykuwa moją uwagę. Na obrazie anemiczny, blady młodzieniec w aureoli osuwa się z krzesła w otoczeniu swoich rówieśników. Podpis wyjaśnia, że Stanisław omdlewa słysząc nieprzyzwoite żarty swoich kolegów.

Wstrząsnął mną jakiś wewnętrzny znak zapytania. Jakby mi ktoś z Batmana zrobił hipochondryka, który zawsze przed wyjściem na dwór zakłada czapkę, szalik i rękawiczki, żeby nie dostać po łapach od babci. A może nawet gorzej, ten Batman nigdy tu nie wypłynął na wierzch, zawsze był chłopiec w czapce. Owych obrazów było tam wiele, ale wydaje mi się, że nieprzypadkowo zapamiętałem ten jeden jako reprezentacyjny dla przekazu, który wyłaniał się z korytarzowej galerii. Przekazu, który można by streścić we frazesie: „Święty to człowiek grzeczny”.

Umówmy się: Stanisław był z pewnością człowiekiem wrażliwym, a przedstawiona scenka wywodzi się z jakichś przekazów o nieznanych mi źródłach, być może na wpół legendarnych. Co więcej, można by też argumentować, że kiedyś formacja chłopców przeznaczonych do służby Bogu zaczynała się dużo wcześniej, i dla nich, pogrążonych w głębokiej adolescencji taki wizerunek mógł mieć jakąś wartość wychowawczą – choć tutaj wyraziłbym poważne wątpliwości, wolałbym raczej obrać strategię superbohatera, ale to już temat na inną historię. Tak czy inaczej chodzi raczej o sposób przekazu, który (być może) ma potencjał w procesie formacji i wychowania dzieci, ministrantów, kandydatów do pierwszej komunii, ale prawdziwy problem zaczyna się gdy w świecie dorosłych pozostajemy na tym dziecięcym poziomie komunikacji.

A przecież sprowadzenie postaci św. Stanisława Kostki do takiego milusińskiego chłopca z obrazka to katastrofalne zubożenie. Stanisław (XVI wiek) w wieku 17 lat, nie ciesząc się zbyt dobrym zdrowiem, najpierw uciekł z wiedeńskiej szkoły kilkaset kilometrów do Niemiec, a następnie odbył kolejną podróż do Rzymu. W większości pieszo i oczywiście wbrew woli rodziców. Bo chciał życie poświęcić Bogu. Nie było czapki ani machającej z okna mamy na pożegnanie, nie było kanapek na drogę ani biletu na tanie linie. Będąc już w Rzymie dostał od ojca opryskliwy list, na który odpisał zachęcając go raczej do wdzięczności Bogu niż do gniewu. Czy był grzeczny?

Niestety, kultura, szczególnie ta poślednia czasem szła na łatwiznę, upraszczała i w efekcie pojawiała się płaska, toporna charakterystyka postaci na poziomie pierwszoklasisty: miły, uczynny, przyjacielski Staś. Akurat w przypadku św. Stanisława Kostki może czasem jest to wybaczalne, jako że jest patronem dzieci i młodzieży.

Św Katarzyna Sieneńska dożywszy ledwie 33 lat była analfabetką i jedną z bardziej wpływowych osób w Europie, negocjowała i mediowała z książętami, a także skłoniła papieża do powrotu do Rzymu. Miała charyzmę i wielu wrogów. Nie muszę dodawać, że do zakonu wstąpiła wbrew woli swej matki. Czy była grzeczna?

Może owe zdziecinnienie, które czasem widać w przedstawianiu i patrzeniu (może bowiem to tylko moja percepcja w takim kluczu czyta obraz z Sandomierza a moje oczekiwanie żeby streścić za jednym pociągnięciem pędzla całą głębię życiorysu też jest nieco wygórowane) na autorytety chrześcijańskie bywa czymś więcej niż tylko prostotą i niechlujną naiwnością? Może kryje się w tym jakaś tęsknota za mlekiem i piaskownicą, za czasem gdy nie trzeba było ponosić odpowiedzialności, gdy nie trzeba było podejmować żadnych ryzykownych decyzji, a wystarczyło tylko zamknąć oczy, chwycić się za spódnicę mamy i można było iść do przodu – bezpiecznie i bez ryzyka? Może też kusi tęsknota za niewinnością, za czasem gdy poważnym przestępstwem było sporadyczne powiedzenie „brzydkiego słowa”, a dorosłość jeszcze nie pokazała jak ogromne są nasze możliwości do czynienia zła? I może wreszcie uwidacznia się zatrzymanie na pobożności pierwszokomunijnej, kiedy ksiądz Tymoteusz z troską, ale też pomagając w rachunku sumienia pytał: „Moje dziecko, czy sumiennie odrobiłeś lekcje?” i można było odnieść mylne wrażenie, że świętość to totalne uładzenie i spełnienie oczekiwań wszystkich dookoła, a już szczególnie odległych ciotek, które mówiły z zachwytem „nasz kochany i piękny, świadectwo z czerwonym paskiem”. I tak powstają historie lukrowane, słodkie, że aż mdli albo pluszowe.

Św. Szczepan jak i wszyscy męczennicy – w odniesieniu do nich słowo grzeczność także nie narzuca się jako najodpowiedniejsze. Raczej przeciwnie – kwintesencja nonkonformizmu, odwagi i zdecydowania, aż do samego końca, wbrew prześladowcom i narzucanym przez nich zasadom.

Nie chciałbym stwarzać wrażenia, że świat dzieci jest głupi i płytki, w żadnym razie. Bywa nawet przeciwnie, fakt, że dziecięca (choć może nie dziecinna) perspektywa często góruje na tą dorosłą świetnie pokazuje Mały Książę Antoine’a de Saint-Exupéry’ego (jeśli kogoś ominęła przyjemność czytania tej lektury to serdecznie polecam). Sam Jezus wielokrotnie stawiał dzieci za wzór, mówił przecież: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3), a postawa ufnego dziecięctwa Bożego wydaje się w ogóle jedną z kluczowych dla chrześcijanina. I nie można o tym zapomnieć. Zmierzam do tego, że ta świadomość, że jest się dzieckiem wobec Boga, w pełni od Niego zależnym, nie kłóci się jednak wcale z pewną dojrzałością i poczuciem sprawczości w życiu codziennym, to znaczy, poczuciem, że mam realny wpływ na kształt mojego życia i otaczającą mnie rzeczywistość. Że nie jestem bezradny i nie muszę być bierny. Ten sam Jezus mówi też: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” (Mt 11,12).

Byłoby dobrze gdybyśmy tworząc kulturę, a każdy z nas jakoś ją tworzy, nie tylko poprzez sztukę, ale codzienną pracę, przykład i zachowanie nie zadowalali się poziomem łatwym i niewymagającym, ale byli dorośli, świadomi i podejmujący śmiałe decyzje. Może wtedy ze św. Jana Pawła II zostanie coś innego niż kremówki, spiżowe pomniki i wzruszające wspomnienia, a ze św. Teresy z Lisieux coś więcej niż ckliwe kwiatuszki. Wierzę, że bogactwo panteonu świętych w pełnej krasie oszałamia i inspiruje szokującymi historiami, bohaterstwem, pomysłami i różnorodnością. I możemy z tego czerpać. Problem często leży w naszej optyce dziecinnych obrazków.

Zdjecie Jeanne d’Arc (CC BY-NC 2.0) Damien Roué

Dodaj komentarz