Filmowe inspiracje: Bullshit

Filmowe inspiracje: Bullshit

Rzecz o ściemie, wciskaniu kitu, pustosłowiu, nieprawdzie i gołosłownych deklaracjach…

Po co ten  tytułowy amerykanizm? Polacy nie gęsi… tak wiem. Ale rodzimy odpowiednik – dwuczłonowe sformułowanie rozsławione swego czasu przez księdza Tischnera – nawet jak na mój gust zabrzmiałoby pod tamaryszkiem nazbyt dosadnie.

Pustosłowie zalewa nas niemal z każdej strony. Politycy, bez względu na opcję, próbują przedstawić rzeczywistość w taki sposób, by choć na chwilę zyskać w sondażach opinii. Składają puste obietnice i snują oderwane od rzeczywistości przedwyborcze plany, w które, jak sądzę, sami nie wierzą. Dziennikarze, coraz częściej zamiast dociekać prawdy lansują własne opinie. Zapraszają gości nie po to, by prowadzić debatę, ale wywołać krwawą jatkę na wizji, albo usłyszeć potwierdzenie swoich sądów. Wszechobecna reklama nieustannie przekonuje nas, że od pełni szczęścia dzieli nas bardzo niewiele – wystarczy tylko kupić…

Można by ciągnąć tę litanię bez końca. A my?

Spotykam przypadkiem znajomego na ulicy… czy na koniec, gdy mówię, że „koniecznie musimy się jakoś umówić” to naprawdę tak myślę? Wysyłam smsa lub maila z dopiskiem „z modlitwą”… czy ma on prawdziwą realizację? Składam komuś obietnicę…  jej wypełnienie jest dla mnie priorytetem, czy jedynie jedną z opcji do wyboru? Gdy się z kimś umawiam, to jestem punktualny? Mówię, że jestem animatorem… daję innym swoje życie, czas, składam w ofierze własne plany? Jestem przekonany, że kocham… Czy zdobyłem się na odwagę, przełamałem się, by jemu/jej o tym powiedzieć? Wypowiedzieć dwa najtrudniejsze słowa i tym samym ofiarować komuś jeden z najcenniejszych darów? Mówię, że troszczę się o kogoś… W jaki konkretny sposób to robię? Czy tak naprawdę wiem czym ta osoba dziś żyje? Interesują mnie jej sprawy? Rozmawiam z rówieśnikami… ile w moich wypowiedziach jest intelektualnego lenistwa? Jak często szermuję stereotypami o kobietach, mężczyznach, katolikach, genderowcach, kibolach itd.? Czy nie posługuję się czasem bezmyślnie kalkami – gotowcami zaczerpniętymi z kwejka, demotywatorów czy innych serwisów? Jestem księdzem/odpowiedzialnym… Czy przygotowuje się do homilii/spotkania? Wykorzystuję te 20 minut każdej niedzieli/każdego piątku na wypowiedzenie słów, które mają prawdziwe znaczenie, są dla moich parafian/uczestników duchową strawą czy pokrzepieniem? Czy raczej będę mówił o dyrdymałach i serwował pobożnie brzmiące intelektualne bajadery?

Słowo. Stało się ciałem. Niedawno świętowaliśmy tę tajemnicę. Któż inny bardziej niż my, chrześcijanie powinniśmy cenić jego wartość?

Tymczasem celebrytka Angelina Jolie zadebiutowała właśnie jako reżyser filmowy obrazem „Niezłomny”. Stanęła po drugiej stronie kamery, by opowiedzieć historię Louisa Zamperiniego – Amerykanina włoskiego pochodzenia, olimpijczyka z Berlina w 1936 roku, gdzie ustanowił rekord ostatniego okrążenia w biegu na 5000 metrów. Człowieka, który podczas II Wojny Światowej przeżył kilkudziesięciodniowe dryfowanie po Pacyfiku w szalupie ratunkowej i trafił do japońskiej niewoli. Mężczyzny, który nie rzucał słów na wiatr. Nie skorzystał z oferty, by opuścić obóz jeniecki (gdzie był bestialsko traktowany przez wiele miesięcy) i rozpocząć dostatnie życie w Tokio w zamian za podpisanie fałszywego oświadczenia na temat swojej ojczyzny. Na serio także potraktował obietnicę złożoną Bogu podczas jednego ze sztormów na Oceanie Spokojnym… ofiarował Jemu swoje życie. On zaś przeprowadził go przez prawdziwe piekło ku życiu i przebaczeniu…

Postawa Zamperiniego zawstydza. Chłopak, który od najmłodszych lat miał na bakier z prawem i lekceważył autorytety, dzięki pomocy starszego brata, który wprowadził go w świat lekkiej atletyki i szkoły, jakim była dla niego służba w armii stał się wzorem słowności; kiedy mówił „jestem”, to był, kiedy mówił „kocham” to kochał…

Mówię: kocham, jestem, będę, dbam, troszczę się, zależy mi, modlę się, wybieram, obiecuję… ile najbliższych mi osób, mogłoby te deklaracje skomentować prostym, żołnierskim – bullshit?

Zdjęcie: „Unbroken” / materiały dystrybutora

komentarzy 5

  1. Bartek · 9 stycznia 2015 Odpowiedz

    Bartku, chyba zabieram na Namiot Spotkania!

  2. Agnieszka · 9 stycznia 2015 Odpowiedz

    Idealne, trafiające w sedno, zmuszające do spojrzenia na swoje życie. Dzięki.

  3. MC#2 · 10 stycznia 2015 Odpowiedz

    Nie podoba mi się ten tekst ponieważ jest to tekst, który jak to zwykle w kręgach kościelnych nakręca samooskarżenie . Takie jeszcze lekko jadowite pytanka podkreślają negatywne strony człowieka: oj ty, ty… znowu jesteś bee, no pomyśl, jaki znowu jesteś bee, i tu jesteś bee i tam jesteś bee…. oj widzisz, on to potrafi a ty nie, oj źle, źle ….. Jeśli autor miał zamiar robić własny rachunek sumienia to dlaczego pozostawił pytanie końcowe bez odpowiedzi. Nie lubię tego typu podchodów słownych, są jak drobne żądełka. Oczywiście pewnie w zamyśle autora te pytania mają budzić sumienie i motywować do pracy nad sobą ale sztuka motywacji nie polega na wbijaniu kogoś tego typu pytaniami w glebę. Sztuka motywacji polega na budowaniu pozytywnego obrazu: pewnie, że tak często robimy ale warto to zmienić i każdy potrafi, nawet jeśli na początku uda się raz na tydzień a potem dwa razy na tydzień to po roku będzie już o niebo lepiej….. nie dołujmy się tak nieustająco bo dołowanie niszczy radość bycia chrześcijaninem, jak kogoś pochłostamy takimi pytankami raz, drugi, trzeci to potem nie oczekujmy, że ktoś taki będzie radośnie wielbił Boga za to, że go tak pięknie stworzył….

  4. Kapcer · 8 lutego 2015 Odpowiedz

    Mam tylko jedno pytanie. Proszę o odpowiedź. Drogi autorze, jaki cel Ci przyświecał podczas pisania tego tekstu?

    Odniosłem wrażenie, że na fali emocji, najprawdopodobniej zaraz po obejrzeniu filmu, zasiadłeś do pisania.W sumie nic w tym złego. Niestety odniosłem wrażenie, że usiadłeś żeby pisać, a nie w sposób twórczy odnieść swoje emocje do rzeczywistości poza-ekranowej. To trochę smutne.

    Pierwszą rzeczą jakiej mi zabrakło w tym tekście była… treść. Jeżeli zabierasz się do poruszania tak poważnych kwestii i dywagujesz na temat wagi słów, którymi posługujemy się na co dzień, deklarując swoje miłości czy przyjaźnie, a definiując przez to samego siebie, powinniśmy tym staranniej te słowa dobierać. Po drugie, przed przystąpieniem do pisania, należy postawić sobie cel. Cel pisania. Tego tutaj zabrakło moim zdaniem. I jeszcze jedno. Nawał pytań, jak mniemam retorycznych, które pojawiły się w tekście, jest bardzo niebezpieczny i chyba niewłaściwy. No i nie „my”.

    Jako czytelnik „Tamaryszku” stawiam autorom jedno wymaganie. Wasze teksty muszą być twórcze! Muszą pobudzać moją kreatywność i sprawiać, abym zamiast pisać komentarze, chwytał za Pismo Święte szukając Boga, albo za różaniec i modlił się za Was. Nie potraktujecie mnie jako „hejtera”, proszę.

    Z Bogiem!

  5. Michał Grzybowski · 10 lutego 2015 Odpowiedz

    Kacprze,

    Nie wypowiem się oczywiście za Bartka. Myślę, że różnimy się w czytaniu tego tekstu. Dla mnie jego treść jest dość konkretna – zauważenie dewaluacji wartości słowa, spojrzenie na to, że nie zawsze ono jest dziś traktowane należycie poważnie. Ale rozumiem, że można różnie go odbierać, może się podobać lub nie.

    Ale ja tak naprawdę nie o tym chciałem. Zawsze mnie cieszy reakcja odbiorcy, interakcja czy dyskusja. A tym bardziej, jeśli to jest wysokie stawianie wymagań! Dziękuję Ci za ten głos (i postaram wziąć sobie go do serca skoro adresujesz do autorów Tamaryszka)! 🙂

Dodaj komentarz