Filmowe inspiracje: Cannes 2017

Filmowe inspiracje: Cannes 2017

Festiwal w Cannes bywa, nie bez powodu, postrzegany wyłącznie jako targowisko próżności – czerwone dywany, celebryci, blaski fleszy, absurdalnie drogie kreacje i przesadny medialny zgiełk – to wszystko prawda. Jest to jednak także, a nawet przede wszystkim, święto kina; najbardziej reprezentatywna próba tego, co w tym momencie filmowy świat ma do zaproponowania najlepszego. I choć czasem okazuje się, że nie jest to zawsze oferta najwyższej próby, to warto się jej bliżej przyjrzeć; spróbować spojrzeć na świat oczami najważniejszych twórców współczesnego kina.

Głównymi bohaterami tegorocznego konkursu głównego były dzieci. Dawno już nie obserwowaliśmy w najważniejszej sekcji festiwalu tak wyraźnego tematycznego akcentu. Przedstawiciele młodego pokolenia są protagonistami lub swoistymi katalizatorami filmowej narracji w aż dziewięciu filmach walczących o Złotą Palmę.

W „Okja” w reż. Bong Joon Ho dziesięcioletnia Mija niestrudzenie walczy o wolność dla swej ukochanej, kilkutonowej, genetycznie zmodyfikowanej świni, która wpada w szpony baronów przemysłu spożywczego. Wyrusza w niebezpieczną podróż; w zupełnie obcy świat (całe życie spędziła bowiem w leśnej głuszy), bez przygotowania, planu… bo to po prostu jedyna moralnie słuszna decyzja. W drogę w nieznane wyrusza także Ben, główny bohater filmu „Wonderstruck” Todda Haynesa. Po tragicznej śmierci matki postanawia poznać prawdę o swoim pochodzeniu – odnaleźć ojca. I on decyduje się na ten krok bez zastanowienia… bo tak trzeba. W obu obrazach młodzi bohaterowie i ich szczere motywacje stanowią przeciwwagę dla świata, w który wkraczają – świata dorosłych.

Świata pozbawionego miłości, mówi wprost Andrey Zvyagintsev w swoim „Loveless”. Już pierwsza, niepokojąca scena, w której dwunastoletni Alyosha błąka się po lesie w drodze ze szkoły, zdradza widzom kierunek, w którym zmierza historia jego rozpadającej się rodziny. Reżyser zdaje się zadawać nam pytanie: „Spójrz, dobrze wiesz jak się ta historia zakończy, widzisz bohaterów, którym najłatwiej wychodzi nie-kochanie i znasz tego braku empatii, dobra i czułości konsekwencje… a Tobie, jak idzie z kochaniem innych?”.

I gdyby Alyosha żył na południu Francji, w burżuazyjnej rodzinie inżynierów to być może wyrósłby (jak kilkunastoletnia bohaterka „Happy End” Michaela Haneke) na wypranego z uczuć i sentymentów snoba? A może gdyby przyszło mu dojrzewać w Nowym Jorku to kto wie czy po dzieciństwie spędzonym w poczuciu braku bezpieczeństwa i bliskości ze strony najbliższych nie popadłby w poważny konflikt z prawem jak Connie – bohater „Good Times” w reż. braci Safdie lub nerwicę, jak każde z trojga dzieci Harolda Meyerowitza („The Meyerowitz Stories” w reż. Noaha Baumbacha).

Jean, Matthew i Danny wychowywali się w cieniu swego ojca – słynnego nowojorskiego artysty rzeźbiarza. Ten utalentowany i inteligentny mężczyzna zajęty był jednak głównie… sobą. Żyjące w materialnym dostatku, ale pozbawione miłości przyrodnie rodzeństwo po latach musi zmierzyć się z wzajemną niechęcią, traumami z dzieciństwa i starzeniem się rodziców. Na szpitalnej sali, w wieku pond czterdziestu lat po raz pierwszy uczą się wypowiadać trzy fundamentalne słowa: przepraszam, wybaczam i żegnam.

W „The Killing of Sacred Deer” Yorgosa Lanthimosa, „In the Fade” Fatiha Akina i „You Were Never Really Here” Lynn Ramsey dzieci stanowią punkt odniesienia dla głównych bohaterów filmów. Relacje z nimi są motorem działań dorosłych i w każdym przypadku najmłodsi stają się ofiarami (w sensie dosłownym) ich poczynań.

Czy uwaga jaką najwybitniejsi autorzy kina poświęcają najmłodszym – ich potrzebom, które stają w jawnej sprzeczności z niedoskonałą „ofertą” jaką otrzymują od dorosłych nie jest znamienna? Dlaczego w czasach niepokojów i kryzysów filmowcy zamiast podejmować tematy globalne pragną przyglądać się podstawowej, najmniejszej strukturze społecznej? Odpowiedź na to pytanie, dla ludzi znających nauczanie Kościoła jest więcej niż banalna – fundamentem społecznego ładu jest ład i miłość w rodzinach, które nie tylko zapewniają przyrost naturalny, ale przede wszystkim wprowadzają kolejne pokolenia w świat podstawowych wartości. Czyżby i wielki kino zaczęło na nowo fakt ten dostrzegać i przyjmować?

Zdjęcia (materiały prasowe): „Loveless” reż. Andrey Zvyagintsev, „Wonderstruck” reż. Todd Haynes, „The Meyerowitz Stories” w reż. Noah Baumbach, „You Were Never Really Here” reż. Lynn Ramsey.

1 Komentarz

  1. Radek · 30 maja 2017 Odpowiedz

    Cieszy mnie obecność rodziny w wielkim kinie, ale wbrew pozorom jest ona deprecjonowana właśnie w Kościele. Tak pisał o tym zjawisku kard. Wojtyła: „Małżeństwo jest instytucją szanowaną, nawet jakoś w teorii gloryfikowaną – «w teorii», gdyż to uznanie i gloryfikacja dotyczy raczej samej Bożej idei małżeństwa (…). Gdy natomiast od idei wypada przejść do rzeczywistości, wówczas obraz nam się przyćmiewa. (…) Sugestia, iż małżeństwo raczej trzeba traktować «od strony grzechu», jest tak mocna i tak przytłaczająca, że mało kto myśli, by traktować je «pod kątem doskonałości». Nie mamy do tego przygotowania myślowego, nie mamy też do tego przekonania”.
    Mam powody, aby twierdzić, że ten tekst sprzed 50 lat jest wciąż aktualny…

Dodaj komentarz