Filmowe inspiracje: Nad wodami Anduiny

Filmowe inspiracje: Nad wodami Anduiny

Mroźny poranek 15 lutego 2002 roku. Piątek. Spacer z domu do najbliższego kina trwał zazwyczaj około dwudziestu minut. Godzinę przed rozpoczęciem pierwszego seansu wyszedłem z domu. Wędrówka przez opustoszałe gocławskie podwórka była jak podróż do innego świata. Podróż z niespotykanym dotąd u mnie bagażem oczekiwań, emocji i obaw…

Bagażem doświadczeń kilkunastoletniego czytelnika, który po pochłonięciu „Hobbita” w ciągu kilku godzin rozpoczął lekturę Tolkienowskiej trylogii poświęcając na nią cały dostępny czas. Z krótkimi przerwami na czynności niezbędne. Przyznaję,  na te kilka lipcowych dni mój kontakt z rzeczywistością został poważnie nadwyrężony. Czytałem. Pakowano mnie do samochodu. Czytałem. Wywożono na działkę. Czytałem. Wieczorem załadowywano do auta w drogę powrotną….

„Władca pierścieni” jest jedną z najpopularniejszych książek XX wieku. Ludzi o podobnych doświadczeniach czytelniczych jest z pewnością wielu. Ośmielę się stwierdzić, że z tak wielką presją oczekiwań widzów nie musiał się mierzyć w historii kina nikt inny. Nawet Mel Gibson w przypadku „Pasji”. Peter Jackson stanął na wysokości zadania.

Niedługo minie 15 lat od światowej premiery pierwszej części trylogii. Od tamtej pory dane mi było obejrzeć setki, a jeśli uwzględnić produkcje krótkometrażowe to tysiące filmów. Często spotykam się z trudnym pytaniem o to, który z nich jest moim ulubionym… Z pewnością widziałem wiele obrazów zachwycających swoją stroną wizualną, idealną konstrukcją scenariusza czy mistrzowską formą koherentną z treścią. Wiele dzieł wymagających głębokiej analizy, inspirujących, „siedzących” we mnie jeszcze przez wiele dni od obejrzenia. Sala kinowa bywała miejscem mojego prawdziwego wzruszenia, radości i smutku. Po latach jednak wciąż muszę przyznać, że żaden z filmów nie poruszył we mnie tak wielu strun jak właśnie wielkie dzieło Petera Jacksona.

Dlaczego? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie analizując finałową sekwencję „Drużyny pierścienia” (zapraszam do obejrzenia poniżej), która jak w soczewce skupia najważniejsze wątki i głębokie przesłanie Tolkienowskiego dzieła w interpretacji nowozelandzkiego reżysera.

Frodo jest rozbity. Zdradzony przez jednego z towarzyszy, który próbował odebrać mu pierścień. Musi podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu. 

„Żałuję że pierścień do mnie trafił. Żałuję że to wszystko się zdarzyło!”

Powraca w myślach do słów, które wypowiedział podczas wędrówki przez Morię. Jego skarga nie pozostała bez odpowiedzi.

„Jak każdy co dożył takich czasów, ale to nie jego wybór. My decydujemy tylko o tym, jak wykorzystać czas, który nam dano!”

Brzmią w jego uszach słowa Gandalfa.

Słowa pocieszenia i zachęty do podjęcia działania. Słowa, które są swoistym mottem całej filmowej trylogii.

Wykorzystać czas! Wezwanie jakże bliskie nam chrześcijanom. Zachęta do przeżywania swojego życia w pełni. Do nieustannego weryfikowania własnych działań choćby przez pryzmat tego czy budują one dobro, czy wynikają z miłości i nią skutkują. Zaproszenie do podejmowania swojego życiowego powołania. Pytania, z którymi mierzymy się niemal każdego dnia.

Wątek tracenia czasu podjął całkiem niedawno w swoim tekście Kamil. Jest mi on także bardzo bliski. Ostatnio zwłaszcza w kontekście kontaktu ze sztuką wysoką. Miałem niedawno okazję uczestniczyć w przesłuchaniach I etapu Konkursu Chopinowskiego. Wydarzeniu, z którego legendą zetknąłem się jako dziesięcioletni uczeń szkoły muzycznej. O tym najważniejszym wydarzeniu muzycznym w Polsce słyszeliśmy jak o mitycznym starciu tytanów fortepianu. Konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością była dla mnie doświadczeniem inspirującym. Cóż było tak urzekającego w kilkugodzinnych sesjach, podczas których kolejni wykonawcy prezentowali bardzo często te same utwory? Czy słuchanie po raz czwarty Etiudy Ges-dur op. 10 nr 5 nie była przypadkiem stratą czasu właśnie? Bynajmniej. Doświadczyłem po raz kolejny głębokiego sensu kontaktu z pięknem, szlachetną kulturą.

Być może pod wieczór zdarza się nam zadawać sobie pytanie o to jak wykorzystaliśmy mijający dzień. Czy był to czas, w którym spotkaliśmy się z Bogiem, dobrze wykonaliśmy nasze Obowiązki, obdarzyliśmy kogoś naszą Miłością, zbliżyliśmy się do Prawdy, doświadczyliśmy lub byliśmy sprawcami Dobra… Ja od niedawna dorzucam jeszcze jedno: czy poświęciłem czas na kontakt z Pięknem? Na uczestnictwo w kulturze… Ale powróćmy do Froda.

Hobbit podejmuje wyzwanie. Pozostaje wierny misji, której się podjął. Rusza w nieznane, samotnie.

Ileż to razy byliśmy w podobnej sytuacji. Staliśmy przed wyborami, których, mimo wielu ludzi dookoła, ostatecznie musieliśmy dokonać w samotności Podejmowaliśmy osobistą odpowiedzialność. Ileż to razy czuliśmy się jak Frodo niosąc brzemię, które zdawało się przerastać nasze siły. Być może wielu z nas w którymś momencie życia czuło, że są tak jak hobbit z Shire wybrani – wezwani do dzieł ważnych i wielkich.

W imieniu nas wszystkich Frodo wskakuje do łodzi.

Jednak nie tylko o tym opowiada Tolkienem Peter Jackson. Jego film to w równym, jeśli nie większym stopniu opowieść o braterstwie. O przyjaźni.

– Panie Frodo!

– Nie, Samie. Wracaj! Idę do Mordoru sam!

– Jasne że tak. A ja idę z tobą!

Za nasze życiowe powołanie, obowiązki i zadania jesteśmy ostatecznie odpowiedzialnie wyłącznie my. Warto o tym pamiętać, by uniknąć pokusy zwalania winy za osobiste porażki na innych. Ale nie znaczy to wcale, że na drodze do ich realizowania, na drodze do naszej osobistej świętości nie mogą towarzyszyć nam inni ludzie. Przeciwnie. Jesteśmy zaproszeni do wspólnoty z innymi. Do wchodzenia w bliskie relacje – także głębokiej przyjaźni. Przyjaźni, której najrozmaitsze oblicza ukazuje filmowa trylogia. Przyjaźni, która jest i dla mnie jedną z najważniejszych wartości.

– Złożyłem przysięgę panie Frodo. „Nie zostawiaj go, Samwise Gamgee”. I nie zamierzam. Nie zamierzam.

Sam rzucił się w nurt rzeki Anduiny nie tylko dlatego, że darzył Frodo miłością. Chciał pozostać wierny obietnicy, którą złożył. Tolkien w swoim dziele dowartościowuje wszak nie tylko przyjaźń, ale także podkreśla wagę przysięgi. Danego komuś słowa. Zobowiązania, którego realizacja nierzadko wymaga trudu. Czyż nie inaczej jest choćby w małżeństwie?

Rozbita drużyna po bitwie o z Uruk-hai i pożegnaniu poległego Boromira staje przed wyborem; podążyć z powiernikiem pierścienia czy ruszyć na odsiecz porwanym towarzyszom? Ratować dwóch hobbitów, czy pomóc w uratowaniu całego Śródziemia…

To wielka sztuka umieć odpuścić. Uszanować czyjąś wolę. Dać przestrzeń do samodzielnych działań, uczenia się dorosłości, być może czasem i na błędach. Towarzyszyć i wspierać, ale nie koniecznie zawsze wyrażać własną opinię na każdy temat. Pozwolić stanąć na własnych nogach. W naszej oazowej rzeczywistości okazji do wykazania się taką chwalebną powściągliwością, zwłaszcza wobec naszych uczestników, mamy wiele.

Cieszę się, że tu jesteś ze mną, Sam.

Ostatnie słowa, które padają w „Drużynie pierścienia” są bodaj jedynymi, które pojawiają się w całej trylogii dwukrotnie. Frodo wyrazi swoją radość z towarzystwa przyjaciela raz jeszcze na zboczach Góry Przeznaczenia.  To podkreślenie roli ich braterstwa nie jest bez znaczenia. Obaj bohaterowie podejmują bezpośrednią walkę ze złem – Sauronem. Jak wiemy z dalszych ich losów sukces misji nie był by możliwy, gdyby nie ich wzajemna pomoc. To wspólnota może i powinna służyć swoim członkom wsparciem w pokonywaniu codziennych trudności i walce duchowej. Wspólna modlitwa, świadectwo i bliskość nie raz były umocnieniem i dla mnie.

***

„Władca pierścieni” jest opowieścią o przyjaźni, walce ze złem, życiowym powołaniu, odpowiedzialności za innych i własne słowo. Tym wszystkim uwiódł i zachwycił mnie jako czytelnika. Ostatnia sekwencja „Drużyny pierścienia” jest swoistą syntezą tych wątków i myśli.

Filmowa adaptacja mogła jednak okazać się kompletnym rozczarowaniem. Nie stało się tak przede wszystkim dlatego, że powstawała z prawdziwej miłości do powieści i z jej głębokim zrozumieniem. Świadczą o tym bogate dodatki – filmy dokumentalnie ukazujące kulisy produkcji. Nie bez znaczenia być może jest także fakt, że „Władca pierścieni” powstawał w atmosferze życzliwości i prawdzie braterskiej bliskości członków ekipy filmowej, która w sposób szczególny dawała o sobie znać podczas trudnych pożegnań z filmowym planem i Śródziemiem.

 

Grafika: Marko Manev (www.markomanev.com)

komentarze 3

  1. xbk · 23 listopada 2015 Odpowiedz

    Zabawne że właśnie dziś rozpocząłem relekturę Władcy Pierścieni. Tym razem po włosku 🙂

  2. Magda Szostakowska · 24 listopada 2015 Odpowiedz

    Absolutnie podzielam zapamiętanie, z jakim wciąga „Władca Pierścieni” – zabierając do świata kompletnego, dlatego tak realnego swoją fikcją 🙂 Jedna z ważniejszych lektur, jedna z ważniejszych nauk życiowych i na szczęście podzielam ją z wieloma fajnymi ludźmi 🙂

  3. Agnieszka Majcher · 25 listopada 2015 Odpowiedz

    W tę słoneczną, mroźną środę, czas się jakby zatrzymał przy tym tekście. Poruszające!

Dodaj komentarz