Filmowe inspiracje: Zaginiona/y

Filmowe inspiracje: Zaginiona/y

Nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Oczarował mnie już na wstępie, momentalnie wciągnął w swój świat i sprawił, że obserwowanie każdej kolejnej sceny było prawdziwą przyjemnością. Z każdą minutą seansu moja radość z odzyskanej wiary w kino była coraz większa.

Uśmiech nie schodził z mojej twarzy przez kilkadziesiąt minut. Tuż po wyjściu z kina zadzwoniłem do przyjaciela, który kilka dni wcześniej polecił mi seans „Zaginionej dziewczyny” by podzielić się swoim zachwytem. Nie słyszał mnie takiego nigdy. Kiedy ostatnio tak żywo zareagowałem na jakiś film? W 1997 roku „Donnie Brasco”? W 1999 „Fight Club”? W 2000 „Billy Elliot”? Dawno.

Od blisko dwudziestu lat moje życie (także zawodowe) kręci się wokół kina. W tym czasie obejrzałem tysiące filmów, odwiedziłem kilka ważnych festiwali na świecie, spotkałem wielu twórców, napisałem dziesiątki tekstów i przegadałem (także na radiowej antenie) niezliczoną wręcz liczbę godzin na ten temat.

To wystarczająco długo, by ekscytacja towarzysząca niegdyś każdej wyprawie do kina zdążyła osłabnąć, przyjemne łaskotanie w żołądku na wieść o długo wyczekiwanej premierze złagodnieć, a kolejny wyjazd na nieosiągalny niegdyś festiwal filmowy nieco spowszednieć…

Seans „Zaginionej dziewczyny” Davida Finchera przywrócił mi wiarę w to, że kino wciąż może być dla mnie ekscytującą przygodą… tylko czemu piszę o tym właśnie pod tamaryszkiem?

Całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że doświadczenie tamtego seansu, delektowanie się każdym ujęciem, sceną i sekwencją filmu jest bardzo bliskie temu, co zdarza mi się przeżywać w związku z moim zawróceniem. Każdym kolejnym. Po dobrze przeżytej spowiedzi, rekolekcjach, trudnej, oczyszczającej, rozmowie, po świadomej i odważnej decyzji odrzucenia tego co mnie zniewala, co mnie oddziela od Boga, co sprawia, że żyję, może nie w mroku, ale co najmniej w cieniu.

Czas bożego pocieszenia. Sprawia, że – podobnie jak w kinowym fotelu – zaczynam obserwować i zachwycać się najdrobniejszymi elementami mojego życia i świata dookoła. Cieszą mnie dobre relacje w pracy, bezinteresowna życzliwość ludzi spotkanych na ulicy. Zaczynam dostrzegać niezliczone wręcz przejawy dobra u innych i doceniać je u siebie. Gesty przyjaźni i pomocy stają się naturalne i podejmuję je z przyjemnością. Walka duchowa nie zostaje bynajmniej zawieszona, ale fortele złego okazują się jakby nazbyt oczywiste i łatwe do zdemaskowania. Poczucie bliskości Boga przynosi pokój, poczucie sensu i głęboką radość.

Na ożywienie mojej wiary w kino czekałem dobrych kilka lat. Być może są wokół nas i tacy, którzy podobnie długo czekają na ożywienie ich wiary w „życie”. W jego sens. W to, że wciąż może być, mimo wszystko, ekscytującą przygodą. Być może potrzebujemy tego i my. A czasem wystarczy niewiele, by „kupić” bilet powrotny do światła…  Znaleźć drogę do konfesjonału… Podjąć służbę… Porozmawiać z dobrym i mądrym człowiekiem… Powiedzieć złemu: nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!

Zdjęcie (modyfikowane/cropped) The Dirt Road to Paradise (CC BY-NC-SA 2.0) Trey Ratcliff

Dodaj komentarz