Haj

Haj

Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” (Mt 6,21)

 

„Jeszcze tylko jeden podpis” – myślał Łukasz, w napięciu zaciskając pięści i uważnie śledząc każdy ruch stylowego pióra prezesa Koteckiego. Wreszcie stało się – największa umowa w jego życiu została sfinalizowania. Uściski dłoni, gratulacje, zadowolone spojrzenie szefa. Pracował nad tym kontraktem od kilku miesięcy, poświęcając na dopracowanie szczegółów każdą wolną chwilę. Setki godzin papierkowej roboty, tysiące minut przegadanych przez telefon, dziesiątki dłużących się w nieskończoność spotkań. Ale w końcu się udało.

Wychodząc z budynku lekko poluzował krawat i spojrzał na złotą tarczę Rolexa na lewym nadgarstku – Mam jeszcze trochę czasu – powiedział do siebie. Nie opuszczając ręki, rozluźnił pięść; jego palce wyraźnie drżały. Podniecenie aż kipiało w jego wnętrzu! „Spacer dobrze mi zrobi” – pomyślał.

Odwrócił się więc w lewo i powędrował niespiesznym krokiem wzdłuż ulicy. Jednak jego spokój był tylko pozorny. W środku wszystko się w nim kotłowało: dziesiątki danych, zazdrosne twarze kolegów, podziw koleżanek. Liczby mieszały się z nazwiskami, nazwiska z wykresami. Wciąż przywoływał w pamięci zdania, których z taką precyzją dziś używał. Powracały starannie dobierane argumenty. Wydawało mu się, że w żyłach zamiast krwi płynie mu adrenalina. Czuł się jak prawdziwy bóg biznesu! – „To najszczęśliwszy dzień mojego życia”! – Myślał, uśmiechając się do siebie.

Nagłe szarpnięcie do tyłu i głośny klakson przejeżdżającego tuż przed nim samochodu wyrwały go z zadumy – Uważaj! – Krzyknął mu prosto w twarz sprawca owego szarpnięcia. – Człowieku, życie ci nie miłe?!

Szeroko otwartymi oczami Łukasz wpatrywał się w czerwone światło po drugiej stronie ulicy, oraz przestraszone ludzkie twarze poniżej. Minęła dłuższa chwila, zanim udało mu się zrozumieć, co się właściwie stało. – D…d…dziękuję – zdołał wydukać do człowieka, który niechybnie ocalił mu życie.

Jego serce biło jeszcze szybciej, jakby próbowało wyrwać się z niewygodnego więzienia w klatce piersiowej. Teraz jego myśli ganiały jak obłąkane pomiędzy niedoszłym wypadkiem a firmowym sukcesem. Zupełnie jakby nie mogły się zdecydować, które wydarzenie było ważniejsze.

W tym roztrzęsionym stanie doszedł wreszcie do celu. Chociaż był punktualny, wszyscy czekali już w środku, siedząc w kręgu na rozkładanych krzesełkach, które lepsze czasy maiły już dawno za sobą. Ośmiu mężczyzn, trzy kobiety.

Przywitał się krótko ze wszystkimi i szybko zajął swoje miejsce.

– Skoro jesteśmy w komplecie, to myślę, że możemy zacząć – Robert, prowadzący. – Kto pierwszy? – Rozglądał się po sali ze swoim typowym, nic nieznaczącym uśmiechem.

Jedna z kobiet chrząknęła lekko i wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę – Mam na imię Irena i jestem uzależniona od alkoholu. Przez niego straciłam już trzy prace – Wszyscy zgodnie pokiwali głowami na znak zrozumienia.

– Ja mam na imię Michał i jestem seksoholikiem. To rujnuje każdy mój związek. Nie potrafię być z kimś dłużej niż kilka tygodni – Podobna do wcześniejszej reakcja zebranych.

Potem wypowiadały się kolejne osoby – jedne dłużej, inne krócej. Łukasz znał ich historie, słyszał je nie raz. W końcu przyszła kolej na niego.

– Nazywam się Łukasz, jak dobrze wiecie – uśmiechnął się niemrawo do zgromadzonych – i jestem uzależniony. Przez mój nałóg straciłem rodzinę i prawie wszystkich… – zastanowił się chwilę – Nie. WSZYSTKICH przyjaciół. Zostały tylko jakieś puste i nic nieznaczące znajomości, których nawet w największym przypływie optymizmu nie można nazwać przyjaźniami – skończył i spuścił głowę.

– Łukaszu – dość niespodziewanie zwrócił się do niego Robert – Nie chcę naciskać, jeśli nie jesteś gotowy, ale przychodzisz tu od pół roku i jeszcze nigdy nie powiedziałeś nam, jaka jest natura twojego uzależnienia. Myślę, że takie wyznanie mogłoby ci pomóc w lepszym zrozumieniu siebie i twojej dalszej pracy nad sobą – Wpatrywał się zachęcająco w elegancko ubranego mężczyznę z Rolexem na ręku. Buty od Gucciego i garnitur skrojony na miarę wyraźnie odcinały się od otoczenia. Jednak coś w jego ponurej twarzy i postawie ciała mówiło, że pasuje tu idealnie.

– Odwagi – powiedział ktoś przyjaźnie. Inni poparli go pomrukiem aprobaty.

Łukasz spojrzał po zgromadzonych.

„Hmm… Czemu nie” – pomyślał – „W końcu to grupa wsparcia. Komu mam o tym powiedzieć, jak nie im?”

– Moim uzależnieniem… – zaczął nieśmiało i przerwał. Potem wziął głęboki oddech i już śmielej dokończył wyznanie – Moim nałogiem jest sukces. Pragnę go bardziej niż czegokolwiek na świecie i oddałbym za niego wszystko. W sumie… – znowu zamyślił się na chwilę – Już prawie to zrobiłem…

Zdjęcie: Crossroad (CC BY-NC 2.0) Maciek Lulko

komentarzy 9

  1. Radek · 18 grudnia 2015 Odpowiedz

    No tak, najlepiej być nałogowym nieudacznikiem. A przecież ks. Blachnicki był człowiekiem sukcesu! Wbrew systemowi komunistycznemu i „kościelnemu” wzbudził wielotysięczny ruch odnowy Kościoła i Narodu. To on propagował integrację rozumu i wiary zanim powstała encyklika „Fides et ratio”, którą streszcza zdanie BXVI:
    „Rozum bez wiary skazany jest na zagubienie w iluzji własnej wszechmocy. Wierze bez rozumu grozi wyobcowanie z konkretnego życia osób.”
    Z perspektywy lat widzę, że wielu oazowiczów ma problem z tym wyobcowaniem, a takie artykuły j.w. tylko utwierdzają w stereotypie fałszywej skromności.

    • Magdalena Bogucka · 18 grudnia 2015 Odpowiedz

      Radku, ale to raczej nie chodzi o to, żeby być życiowym nieudacznikiem. Sukces jest super!
      Ale jednocześnie nie chodzi o to, by za wszelką cenę dążyć do sukcesu. I, przynajmniej moim zdaniem, ksiądz Bartek właśnie to pokazał- człowiek, który dla tego, by mieć pieniądze i sławę, poświęcił swoją rodzinę, przyjaciół, pewnie i Boga, jeśli wierzył. Jestem przekonana, że ks. Blachnicki nie działał po to, by osiągnąć sukces, on chciał pokazać ludziom Boga. Niesamowitym przykładem jest Matka Teresa z Kalkuty, która wciąż pragnęła usuwać się w cień- nie dlatego, że była fałszywie skromna, ale dlatego, że nie chciała przyćmiewać tego, co robiła dla Boga, bo to samo działanie i Bóg byli jej celami, a nie sława.
      Więc nie, nie mamy być fałszywie skromni, ale powinniśmy wiedzieć, co i po co robimy. I jeśli naszym celem, jak w powyższym tekście, jest sukces sam w sobie, to coś jest nie tak.

      • Radek · 18 grudnia 2015 Odpowiedz

        Ks. Bartek pięknie ukazał problem, ale pomylił czytelników. To jest blog oazowy, a nie forum biznesmenów. Przypomina to rozmowy na ONŻ II o zniewoleniach: z lubością piętnowane są te…, które nie dotyczą uczestników. A to nie było zamiarem ks. Blachnickiego, tak samo i ukazywanie Boga, gdyż sam zapewniał, że sakramentem obecności Boga jest cały świat stworzony. Za to z uporem „gwałtownika” walczył o przebudzenie i rozwój wiary zaszczepionej na chrzcie św. u chrześcijan-sympatyków.

        • Adam Dziedzic · 18 grudnia 2015 Odpowiedz

          Czy oby na pewno pomylił?

          • Radek · 19 grudnia 2015

            Jeśli Autor miał na myśli, to co ks. Blachnicki, to gratuluję odwagi:
            „(…) Na czym polega wiara? Wiara posiada dwa aspekty. Jeden polega na rezygnacji, na rezygnacji z tego szalonego pragnienia, żeby siebie zbawić własnym wysiłkiem, żeby decydować o swoim losie samemu, w oparciu o swoja moc. To jest droga pychy, droga, która nie może nas zbawić. (…) Oto jest paradoks życia chrześcijańskiego. Nie wtedy jestem mocny, kiedy realizuję wszystkie swoje dobre postanowienia, kiedy tak wytrenuję swoją wolę, że wszystko potrafię osiągnąć, co sobie postanowię. Komu z nas to w ogóle się udało?(…)Nasza droga do życia wiedzie najpierw przez zejście na dno swojej niemocy i przez złożenie wszystkiego aktem wiary w ręce Boga, naszego Zbawiciela. Dopiero potem może zaistnieć drugi etap drogi ku życiu, ten etap, kiedy już Pan Bóg dopuści nas do współpracy, kiedy będzie oczekiwał od nas, że wysiłkiem naszej woli będziemy przekreślali swój egoizm i w ten sposób przechodzili ze śmierci do życia. Że będziemy współumierali dla miłości własnej, dla swojej pychy i że będziemy starali się wchodzić na drogę określoną przez prawo nowego życia, czyli prawo bezinteresownej miłości, która daje siebie za przykładem Chrystusa. Pamiętajmy jednak zawsze, że ta droga, która się łączy z ascezą, z wysiłkiem naszej woli, jest drugim etapem. Gdybyśmy bowiem chcieli od tego zaczynać, groziłaby nam pokusa samowybawienia, bo chcielibyśmy się usprawiedliwić przed Bogiem swoim wysiłkiem.”

  2. Magdalena Bogucka · 19 grudnia 2015 Odpowiedz

    No nie wiem, mam wrazenie ze nasz 2 stopien sie różnił oraz, jako ze ksiadz Bartek pisze bajki, to powinnismy je czytac z pewnym dystansem a nie doslownie.
    A pomijajac fakt, ze blog tamaryszkowy jest skierowany do roznych ludzi, nie tylko oazowych, to osobiscie odnoszę wrazenie ze zdecydowana wiekszosc tu to sa ludzie dorośli- bardziej animatorzy niz uczestnicy.

  3. kasia · 27 grudnia 2015 Odpowiedz

    Wszystko co człowiek robi z umiarem ma sens i prowadzi ku dobremu, najbardziej niebezpieczne są ekstrema bo te pzysłaniają wszystko do okoła pozostawiając jeden cel.. ja w tej opowieści nie widzę skupienia uwagi na „sukcesie” jako takim, lecz uzależnieniu od sukcesu od alkoholu od sexu… to Uzależnienie jest problemem, a nie używki same w sobie. Jeśli ktoś umie pogodzić sukces w pracy, życie rodzinne, imprezy charytatytwne, przedstawienia dziecka w przedszkolu i ma czas by pojsc do kościoła… znaczy posiadł dar dzielenia czasu na to co ważne i ważniejsze….
    pozdrawiam:)

  4. ks. Bartłomiej Kopeć · 6 stycznia 2016 Odpowiedz

    Jak słusznie zauważyła Kasia, bajka jest o uzależnieniu od sukcesu. I problem dotyczy nie tylko dorosłych. Osobiście spotkałem sporo młodych ludzi, którzy swoją wartość kształtowali na podstawie ocen i wyników w nauce. Jakąkolwiek porażkę traktowali jako życiowy dramat, co prowadziło nawet do depresji i samookaleczania.
    Bajka miała na celu pokazanie, że ważne jest nie tylko to, co się robi, ale też, po co się to robi??… A najlepiej ocenić to po owocach – tak przynajmniej twierdzi Jezus 😉

Dodaj komentarz