Inwestycja

Inwestycja

Pewien król miał dwóch synów. Jednego z nich pragnął uczynić swoim następcą, ale jak to w bajkach bywa, zupełnie nie mógł się zdecydować którego. Po naradzie z nadwornym magiem, postanowił każdemu z kandydatów wręczyć po skrzyni złota i zobaczyć, jaki zrobią z niej użytek. Wysłał także czarodzieja, aby bacznie obserwował ich poczynania.

Starszy syn Piotr od razu wziął się do pracy i zaczął czynić liczne inwestycje; kupował i sprzedawał towary, pożyczał pieniądze na procent, inwestował na giełdzie… Jedne operacje mu wychodziły, inne nie; na jednych zarabiał, na innych tracił.

Czarodziej przyglądał się temu z zainteresowaniem – To będzie mądry władca – pomyślał – Nie trwoni pieniędzy ale inwestuje. Cały też czas się uczy i rozwija. Za kilka miesięcy zdobędzie dość doświadczenia, aby zarządzać majątkiem całego królestwa.

Młodszy syn Jan, także postanowił nie tracić czasu i biorąc przykład ze starszego brata, chwycił sakiewkę i ruszył w stronę giełdy, aby rozpocząć inwestowanie. Jednak ledwo zdążył opuścić bramy pałacu, napotkał grupę żebraków.

– Kim jesteście? – zapytał ich.

– Jesteśmy byłymi żołnierzami – odpowiedział mężczyzna w podartych szmatach – Kiedyś walczyliśmy dla twojego ojca i odnieśliśmy ciężkie rany w bitwie. Przez to teraz nie możemy pracować i żebrzemy. Poratuj nas jeśli łaska.

Jan przyjrzał się uważnie żebrakom. Wielu z nich nie miało rąk, albo nóg. Jeszcze inni byli niewidomi. Chłopiec nie zastanawiał się długo, chwycił sakiewkę, rozdał całą jej zawartość weteranom i wrócił do pałacu.

Następnego dnia ponownie wybrał się na giełdę, dzierżąc kolejny pękaty woreczek pieniędzy. Jednak zaledwie zanurzył się w cienie pierwszych zabudowań, posłyszał przejmujący szloch. Rozejrzał się uważnie i dostrzegł wychudłą kobietę z dzieckiem na rękach. Stan jej ubrania wskazywał na ogromne ubóstwo.

– Co się stało? – zapytał książę, podchodząc do kobiety.

– W królestwie pełno rabusiów. Pewnego dnia napadli na mojego męża, kiedy wracał z pracy. Nie dość, że zabrali mu całą wypłatę, to jeszcze zabili biedaka. Zostałam sama z dziećmi i teraz nie mamy co jeść.

Historia kobiety okazała się nie być odosobniona. W okolicy było sporo ofiar okolicznych rabusiów. Sakiewka księcia opustoszała więc szybko, a on ponownie wracał do pałacu z lekką kieszenią i jeszcze lżejszym sercem.

Sytuacja powtarzała się każdego dnia – zaledwie Jan uszedł kilkadziesiąt metrów, napotykał kogoś potrzebującego pomocy; a to piekarza, co zbankrutował, bo mu się piec popsuł, a to wiejską rodzinę, co jej piorun oborę spalił i zwierzęta powybijał, porzucone przez wszystkich dzieci ulicy, chorych na trąd, kalekich i wielu, wielu innych. Jan nauczył się szybko, że pieniądze to tylko jeden ze sposobów pomocy innym. Coraz częściej wspierał ludzi zwykłą rozmową, uśmiechem, odrobiną swojego czasu. Tu pomógł jakiejś starowince w sprawunkach, tu nauczył jakieś dziecko robić wędkę. Czas mijał szybko, skrzynia ze złotem pustoszała, a droga na giełdę robiła się coraz dłuższa…

Gdy minął rok, król wezwał obu synów. Piotr wkroczył dumnie do sali tronowej, a słudzy wnieśli za nim dwie skrzynie pełne złota. Po zebranych rozległ się pomruk zachwytu. Król był bardzo zadowolony.

Po nim nadszedł i drugi syn. Miał zwieszoną głowę i nie towarzyszył mu nikt.

– A gdzie jest twój skarb mój synu? – Monarcha zmarszczył brwi. Książę dalej stał w milczeniu, nie wiedząc zupełnie, co odpowiedzieć ojcu. Nagle drzwi sali tronowej rozwarły się z wielkim hukiem, a do środka wmaszerował czarodziej – tutaj wasza wysokość! – krzyknął wesołym głosem. Za magiem maszerowała ogromna rzesza ludzi: kalecy weterani, gromada umorusanych dzieci, kobiety z niemowlętami na rękach, rolnicy, drobni rzemieślnicy, handlarze i wielu, wielu innych. W sali tronowej szybko zaczęło robić się ciasno, jednak fala niespodziewanych goście dalej niepowstrzymanie przelewała się przez szeroko otwarte drzwi.

– Skąd się tu wzięło tyle osób? – zdziwił się król wstając ze swojego tronu. Mag uśmiechnął się promieniście – Wierz mi miłościwy panie, że to zaledwie reprezentacja.

Zza okna pałacu dobiegło skandowanie: Jan! Jan! Jan!

Wszyscy dworzanie rzucili się w tamtą stronę, aby zobaczyć, o co chodzi. Cały dziedziniec pałacu zasypany był ludźmi, a każdy z nich wykrzykiwał imię młodego księcia.

– Co to ma znaczyć czarowniku? – spytał zaniepokojony król. Mędrzec zbliżył się do władcy, położył mu rękę na ramieniu, drugą zatoczył szeroki łuk po zebranych i rzekł spokojnie:

– Oto inwestycja twojego młodszego syna.

Zdjęcie (modyfikowane/cropped): Money (CC BY-NC-SA 2.0) Mait Jüriado

1 Komentarz

  1. Radek · 27 maja 2015 Odpowiedz

    ” Ks. Gorazdowski twierdził, że to zdecydowanie za mało dać komuś talerz zupy czy kromkę chleba. Trzeba mu raczej stworzyć takie warunki, aby mógł na to samemu uczciwie zapracować i w ten sposób jeść chleb zdobyty własnymi rękami, aby praca dawała mu poczucie godności i bycia potrzebnym w społeczeństwie i dla społeczeństwa. Lwowski samarytanin podkreślał, że niezorganizowana, „dzika” pomoc charytatywna może prowadzić do utrwalania, a nawet rozrastania się plagi żebractwa i zwykłego ludzkiego cwaniactwa tych, którzy nie pracując, chcieliby żyć kosztem innych, żerując na ludzkiej łatwowierności.” („Nasi święci” red. W. Zagrodzki CSsR

Dodaj komentarz