Ku światłu

Ku światłu

„Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu.”

J 3, 20-21

Nie pamiętał już, jak długo przedzierał się przez mrok lasu. Gęste poszycie drzew wzbraniało przystępu nawet najdrobniejszemu promieniowi światła. Dzień zlewał się z nocą. Co jakiś czas padał ze zmęczenia i tracił przytomność, więc nawet nie był w stanie powiedzieć od ilu dni trwa jego wędrówka. Ostre gałęzie rozrywały ubranie i raniły skórę. Czy to co miał na sobie to jeszcze koszula, czy tylko gruba warstwa błota i brudu?

Przebierał nogami już chyba tylko z przyzwyczajenia, bo wola dawno już go opuściła.

Jednak w pewnym momencie odstępy pomiędzy drzewami wydały się zwiększać, a przedzieranie przez zarośla wydało się znośniejsze. Gdzieś w oddali dostrzegł coś jakby światło. Ale czy na pewno? Iskierka nadziei zaczęła przebijać się przez mroki sceptycyzmu i rezygnacji. Choć wiązało się to z nadludzkim wysiłkiem, przyśpieszył kroku. Świetlisty punkt coraz częściej wychylał się spomiędzy drzew. Do tego doszły jeszcze dźwięki jakiejś odległej muzyki. Po chwili, która wydawała się dla tułacza wiecznością, stanął w końcu na skraju puszczy, a jego oczom ukazał się wielki, majestatyczny, skąpany w świetle pałac. I choć dookoła panowała noc, to budynek wydawał się promieniować własnym blaskiem.

Wędrowiec z trudem otrząsnął się z osłupienia i przebierając pokracznie noga za nogą, ruszył przez zadbany ogród, pełen kwiatów i przyciętych krzewów w stronę pałacu. Muzyka była już wyraźna i uwodziła go swym pięknem i harmonią. W środku musiało odbywać się jakieś przyjęcie. Widział już wspaniale ubrane sylwetki gości – wykwintne stroje, finezyjne fryzury. Pragnął jak najszybciej znaleźć się pośród nich. Pierwsi ludzie z pałacu zaczęli dostrzegać niespodziewanego gościa. Wędrowiec zwrócił uwagę na ich zaniepokojone spojrzenia i zatrzymał się na chwilę. Spojrzał na siebie i zamarł z przerażenia. W świetle pałacu zobaczył jak wygląda – strzępy ubrania, zaschnięte błoto na całym ciele, połamane paznokcie, otwarte rany po ukłuciach i zadrapaniach. Tak bardzo odstawał od pałacowych gości. Zrobił jeszcze kilka kroków do przodu, ale kolejne fale światła ujawniały coraz większą nędzę przybysza. Wszyscy teraz patrzyli się na niego z niedowierzaniem i współczuciem. Ich wzrok palił wędrowca jak ogień. Cel, jeszcze przed chwilą tak upragniony, zaczął go przerażać. Jak może wejść pomiędzy tych ludzi w takich łachmanach. Co sobie o nim pomyślą. Będą wytykać go palcami, szydzić z niego, odwracać się z obrzydzeniem. I pomimo całego swojego udręczenia, zaczął się cofać w stronę mrocznego lasu. Byle tylko uniknąć spojrzeń tych wspaniałych ludzi w pięknych szatach, byle tylko przestali na niego patrzeć. Ukryć się, zniknąć – to było teraz jego jedyne pragnienie. A mroczny las z którego przyszedł, wydawał się najlepszym do tego miejscem.

Przez tłum balowych gości przecisnęła się jakaś postać – Stój, zaczekaj! – zawołała majestatycznym głosem nie znającym sprzeciwu. I wędrowiec znieruchomiał. Chociaż głos był władczy, była w nim jakaś słodycz, która uwodziła. Szybki rzut oka pokazał, że właścicielem głosu był sam Król. Nawet pomiędzy strojnymi gośćmi wyglądał wyjątkowo; roztaczał wokół siebie splendor i jakby naturalny blask.

– Nie odchodź – powiedział już łagodniej, postępując kilka kroków naprzód. Wędrowiec skulił się w sobie. Nie chciał, aby ktoś taki oglądał jego nędzę. Teraz już zupełnie czuł się jak karaluch. I jak karaluch chciał jak najszybciej czmychnąć w jakąś dziurę. Jednak Król zbliżał się coraz bardziej, a jego kojący głos otulał tułacza. Skądś pojawiła się misa z ciepłą wodą i przybory do kąpieli. Król własnoręcznie zaczął delikatnie odrywać od wędrowca przyschnięte strzępy ubrania, a następnie delikatnie obmywać całe jego ciało. Pomagały mu w tym wypielęgnowane ręce innych gości, donosząc wody, podając czyste ręczniki i mydło. Tułacz wzbraniał się początkowo, zasłaniając rany i strupy, tak aby nikt nie mógł ich zobaczyć. Wstyd go wręcz paraliżował – jjjak to tttak… – jąkał niewyraźnie – Wwwwy jesteście tacy piękni, a ja… Ja ttttu nie pasuję – skamlał żałośnie.

– Mój przyjacielu – zaczął łagodnie Król, a jego troskliwe dłonie przełamywały wstyd – każdy z tu obecnych był  kiedyś w twoim położeniu. Każdy z nich kiedyś wyszedł z tego lasu. Każdego też własnoręcznie obmyłem i ubrałem, aby mógł dołączyć do uczty.

Tułacz rozejrzał się jeszcze raz po zebranych i zdał sobie sprawę, że to, co pierwotnie uważał za przerażone spojrzenia, było w rzeczywistości troską. I im dłużej się przyglądał, tym wyraźniej w otaczających go twarzach zaczynał dostrzegać miłość.

Zdjęcie (modyfikowane): The woods (CC BY 2.0) Boudewijn Berends

Dodaj komentarz