Niecodzienna wyprawa Leona

Niecodzienna wyprawa Leona

Celem życia człowieka, jest wędrówka ku Bogu

Leopold Staff

W naszym życiu, jak na każdej wyprawie w nieznane, potrzebujemy dobrej mapy i przewodnika

 

W pewnej krainie, w niewielkim miasteczku żył sobie Leon.

Każdego dnia wychodził ze swojego domu i przemierzając codziennie tę samą drogę udawał się do swojej pracy. Opuszczał swoje mieszkanie, przechodził na drugą stronę ulicy, szedł chodnikiem ok. 800 m. do przystanku, wsiadał do autobusu, przejeżdżał 7 przystanków, wysiadał z autobusu, szedł ok. 500 m. i wchodził do budynku w którym pracował. Pod koniec dnia, wychodził z zakładu i pokonując tę samą drogę, udawał się do domu. I tak każdego dnia, wciąż i wciąż na nowo. Podobnie jak niegdyś pokonywał wciąż tę samą drogę do szkoły i z powrotem, tak teraz do pracy. I chociaż znał ten szlak na pamięć, zawsze uważnie wpatrywał się pod swoje nogi, aby przypadkiem się nie potknąć, albo na coś nie wpaść.

Gdy pewnego dnia Leon jak co dzień wyszedł z domu i zaczął kierować się w stronę dobrze mu znanego przystanku, coś go tknęło. Przystanął, uniósł głowę i zaczął się rozglądać, jakby widział otaczający go świat po raz pierwszy. I w sumie tak było – zawsze skupiony na drodze i swoich krokach nie dostrzegał otaczającego go świata. Gdy się tak rozglądał, dostrzegł nagle coś, co przykuło jego uwagę na dłużej – ponad dachami domów wzbijał się w niebo szczyt wzgórza. I choć nie wydawało się wysokie, to jednak wyraźnie górowało nad otoczeniem.

– Dziwne – pomyślał Leon – mieszkam tu całe życie, ale nigdy nie zauważyłem, że moje miasteczko leży u stóp jakiejś góry.

Powoli wrócił do marszu w stronę przystanku. Jednak myśl o tajemniczym wzgórzu, nie chciała się od niego odczepić. Także w pracy nie szło mu za bardzo, bo obraz szczytu wznoszącego się ponad rodzinnym miastem powracał nieustannie.

– Musi być stamtąd piękny widok na miasto – bujał w obłokach Leon. Ten stan był dla niego dość nietypowy. Budził za równo jego niepokój jak i dziwną fascynację. Ale co najgorsze, nie chciał ustąpić…

W drodze powrotnej z pracy Leon wielokrotnie przystawał, aby zwrócić się w stronę dziwnego wzgórza. Okazało się, że jest ono widoczne praktycznie z każdego miejsca w mieście.

– Jak mogłem go wcześniej nie zauważyć? – zachodził w głowę. Jego myśli kłębiły się dziwacznie i powoli zaczynały przybierać wyraźny kształt jakiegoś planu:

– W najbliższą sobotę wybiorę się zdobyć ten szczyt! – pomyślał triumfalnie.

I po upływie zaledwie dwóch dni, spakowawszy kilka kanapek i butelkę wody wyruszył do upragnionego celu. Podjechał miejskim autobusem najbliżej wzgórza jak to było możliwe, a dalej podążył pieszo. W miarę zbliżania się do podnóża wędrowiec odkrywał, że cel nie jest tak blisko jak mu się początkowo wydawało, a i wznosi się znacznie wyżej niż na to wyglądało z miasteczka. Kiedy wreszcie zaczął wspinać się po zalesionym grzebiecie, co chwila musiał przystawać na odpoczynek Nie znalazł żadnej ścieżki, więc kierował się intuicją. Gdy jednak okazało się, że co chwila musi zmieniać kierunek aby ominąć pojawiające się przeszkody, a to duży głaz, a to zwalone drzewo lub płynący wartko strumień, szybko stracił orientację. Rozglądał się niepewnie, bo pośród drzew i zarośli, nie mógł dostrzec szczytu góry. Czas biegł szybko i gdy Leon spojrzał na zegarek, zorientował się, że jest w drodze od 5 godzin. A szczytu jak nie było, tak nie ma. Zasmucony postanowił wrócić do domu. Z trudnością przypominał sobie mijane punkty orientacyjne – strumyk, głaz, kotlinka o dziwnym kształcie… Po 3 godzinach kluczenia w końcu udało mu się odnaleźć przystanek, na którym wysiadł rano. Wsiadł do autobusu i wrócił do domu.

Początkowo wmawiał sobie, że pomysł zdobycia góry był głupi i kompletnie nie wart zachodu – można było przecież ten czas spędzić wygodnie przed telewizorem. Nie potrafił jednak przekonać sam siebie i już po 2 dniach przyłapał się na obmyślaniu nowego planu zdobycia wzgórza. Miała mu w tym pomóc mapa, którą zakupił kiosku, niedaleko domu! W końcu posługiwali się nimi prawdziwi podróżnicy, których oglądał w telewizji. A Leon właśnie zaczynał się czuć jak jeden z nich. Uważnie oglądał mapę, podziwiając jej staranne wykonanie, dziwne linie i kolory. Nie za dużo z tego rozumiał, ale stwierdził, że na miejscu pewnie wszystko się wyjaśni.

Kiedy wysiadł na znajomym przystanku i zaczął kierować się do upragnionego celu, przystawał co jakiś czas i marszcząc poważnie czoło zerkał na mapę. Nieraz mu się wydawało, że rozpoznaje przed sobą wzgórze, które zaznaczono na mapie. Innym razem był pewien, że za chwile ujrzy wyłaniający się zza drzew strumień, jednak niczego nie dostrzegał. Po kilku godzinach kluczenia, podjął decyzję powrotu do domu. Ale tym razem już nie był tak zrezygnowany jak za pierwszym razem. Odkrył, że dzięki mapie dotarł zdecydowanie dalej i to dodało mu otuchy. Już w drodze powrotnej w głowie zaczął mu kiełkować nowy plan.

Kiedy po tygodniu ponownie wysiadł na znanym sobie dobrze przystanku, czekał tam na niego umówiony przewodnik. Po krótkiej wymianie zdań poprowadził on Leona w gęstwinę drzew. Co jakiś czas przystawali, aby przyjrzeć się mapie i odszukać punkty orientacyjne. Wędrowiec chłonął każde słowo przewodnika. Szybko też uczył się posługiwania mapą. Nie minęły 3 godziny, a znaleźli się na szczycie. Widok z niego faktycznie zapierał dech w piersiach. Ale co ważniejsze, Leon mógł spojrzeć na swoje miasto z zupełnie nowej perspektywy. Czuł się, jakby z zupełnie nowej perspektywy mógł spojrzeć na swoje życie…

Zdjęcie: Bartek Pulcyn

komentarze 2

  1. M. · 3 listopada 2014 Odpowiedz

    Pamiętam tę opowieść z rekolekcji, jak ksiądz opowiadał 🙂 Piękne przesłanie!

  2. A. · 9 listopada 2014 Odpowiedz

    Człowiek jest głodny słów z przesłaniem… świetna robota 🙂

Dodaj komentarz