O mojej anty-noweli

O mojej anty-noweli

„Życie, życie jest nowelą…” śpiewa znany polski artysta. Choć nowela ta jest wyjątkowo nudna i pozbawiona polotu. Takie przynajmniej wrażenie można odnieść słuchając tego utworu i oglądając dzieje pewnego klanu, którym towarzyszy. Tyle tylko, że nie o żadnych serialach, nowelach i nowelkach będzie tu mowa, a o doświadczeniu w życiu prawdziwego Życia oraz Światła, dzięki któremu to Życie odkrywam.

Czasem patrzę na moich rówieśników i zastanawiam się, jak wygląda ich życie. Więc pytam. Odpowiedź jest niestety zawsze ta sama i brzmi: normalnie. Zatem uśmiecham się tylko i nie wnikam w szczegóły – bo i po co? Normalność jest nudna, jest „nowelą”. Nie dziw się i nie oburzaj, drogi Czytelniku! Ja naprawdę nie mam nic przeciwko normalnemu i cichemu życiu. Zadziwia mnie jedynie i smuci to, gdy moi rówieśnicy nie odkrywają w swoim sercu tak wielkiego i pięknego pragnienia, którym jest COŚ.

Masz ci los! A czym to „coś” jest? Owa wielka tęsknota za… no właśnie – czym? Wydaje mi się, że odpowiedź u każdego człowieka jest inna. Nie da się napisać poradnika, który wskazywałby drogę odkrycia i wypełnienia tego pragnienia. Pragnienia? Dlaczego użyłem tego słowa? Ponieważ ono krzyczy i chce być spełniane. Tak przynajmniej odkryłem je ja. To pragnienie nazwałem powołaniem. Nie byle jakim, ale powołaniem do świętości.

Uważam zatem, że to „coś”, to nic innego jak głos Boga, Jego cząstka, która jako Jego obraz została wszczepiona w każdego człowieka. Jest to tęsknota za bliskością Pana, przebywaniem w Jego obecności. To chęć kochania Go i wypełniania Jego poleceń, realizowania Jego planu – tak pięknego przecież. Jest to zatem życie w Życiu Pana, które poznajemy za pomocą Światła, które On sam nam daje.

Jeśli chodzi o mnie, to odkryłem już jakiś czas temu – a w zasadzie dalej odkrywam, bo nie jest to proces zakończony – olbrzymie pragnienie wypełnienia swojego powołania, którym jest zrobienie czegoś wielkiego, co doprowadzi mnie (dzięki łasce Bożej, oczywiście) do zbawienia. Mam nadzieję, że jest to droga do świętości, czyli Życia.

Ale jak uchwycić Światło, które wskazuje Życie? Ja akurat o swoim pragnieniu „wielkiego czynu” wiedziałem od małego. Byłem o tym przekonany. Nie wiedziałem tylko, czego tak naprawdę pragnę. Światłem – tym Bożym palcem, który wskazuje – była na początku rodzina, a konkretnie moi rodzice. Oni pokazywali mi Kościół, Pana Boga i uwrażliwili mnie na Jego głos. Są to również moi przyjaciele – tak gorliwi i pobożni, a zarazem pełni pomysłów i życia. Potrzebowałem też czasu formacji seminaryjnej, aby jeszcze bardziej zasłuchać się w ten subtelny lecz nieustępliwy szept. Gdzie jeszcze odnalazłem Światło? W Piśmie Świętym! Gdzie indziej szukać wskazówek, jeśli nie w Księdze, gdzie zapisano prawdziwe słowo Stwórcy? Natomiast jeśli miałbym wskazać, gdzie Pan mówi do mnie najpełniej, to wskazałbym liturgię oraz modlitwę osobistą.

Zaraz, zaraz – czy to wszystko, co wymieniłem w poprzednim akapicie nie składa się przypadkiem w pewną całość? Całość której nazwa brzmi: Ruch Światło – Życie? Oczywiście! Każdy z tych punktów jest elementem budującym oazę. Jestem we wspólnocie od 8 lat i trudno mi jest wyobrazić sobie siebie poza nią. Rodzą się pytania: jaki bym był? co bym teraz robił? Choć może przede wszystkim: jak odkrywałbym to „coś”, o czym wspomniałem wcześniej? Jakże wkurzałbym się i ciskał po ścianach z niemożliwości odkrywania wielkiego pragnienia, które zostało we mnie złożone przy jednoczesnym odczuwaniu go! Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak dziękować Panu za to, w jaki sposób ukształtował moje życie oraz wypełnianie zadań, które stawia On przede mną. Chcę tego! A Ty, chcesz tego dla siebie?

Dodaj komentarz