O późnych powrotach do domu

O późnych powrotach do domu

W Ruchu formuję się od siedmiu lat. To wystarczająco długi okres, by Oazą móc się zachwycić i zdążyć nią znudzić. Był to dla mnie czas, w którym zdążyłem się na Ruch wkurzyć… mniej więcej tyle samo razy, co dziękować Panu, że dał mi w nim żyć.

Nie pamiętam zbyt dobrze początków. Z pierwszego spotkania we wspomnieniach pozostał tylko późny powrót do domu, a z pierwszego półrocza – Wiśniewo. Nie wiedziałem wtedy nawet co oznacza skrót ONŻ. Miałem 13 lat i myślałem, że od razu pojadę na jedynkę, a o Blachnickim miałem na dobre usłyszeć dopiero za kilkanaście miesięcy. I to wszystko nie było mi potrzebne, bo na dobry początek dostałem przestrzeń, w której mogłem rozkoszować się każdą chwilą, bez konieczności posiadania wiedzy, skąd to wszystko pochodzi.

Od oazowych podstaw obycia ważniejsi byli ludzie, którzy pokazali mi drogi do Boga, nauczyli jak się modlić. I udowodnili, że cuda to nie tylko uzdrowienia i wyprodukowanie, na trzy cztery, wina z wody…

Pierwsze rekolekcje przyniosły kolejny zachwyt. Przede wszystkim tym, że pierwszy raz coś ode mnie naprawdę zależało. Mogłem podjąć bardzo świadomą decyzję na całą resztę życia. I najważniejsze: ludzie! Wszyscy tacy otwarci, tacy szczerzy, żyjący, z jakimś światłem w oczach. Ludzie, którzy potrafili tak dużo dobra wnieść w moje życie…

I tak to jakoś kiełkowało przez czas, gdy dowiadywałem się, czym jest świadectwo, że „powołanie” to nie to samo co „kapłaństwo”, a przynajmniej nie tylko. Gdy ktoś mi uświadomił, że nie jestem bezradny w życiu i że to, czego nauczyłem się na religii to tylko część prawdy.

To Ruch zmuszał mnie do pierwszych, w miarę poważnych decyzji, sprawiał by otwarcie przyznać się do własnej ułomności, bez lęku przed szykanami czy oceną. To Ruch spowodował, że mogłem tyle razy usłyszeć, że choć mam wiele wad, to w obliczu Miłości, jaką daję mi Ojciec nie maja one znaczenia…

Teraz już wiem, czym jest ONŻ, co oznacza KODA, że KKO nie tylko fajnie brzmi, ale i fajnie robi. Teraz nieco starszy od chłopca, który przychodził do wspólnoty, wiem trochę więcej, lecz niewiele. Zachowuję się dojrzalej, jestem bardziej świadomy, poznałem przyjaciół… Jednak gdzieś zatraciłem entuzjazm tego chłopaka sprzed lat. Bardzo go mu zazdroszczę. On coś robił, bo potrzebował, bo tak czuł. Ja z automatu. On bardzo chciał kiedyś zostać animatorem, ja nim jestem. On pragnął być „oazowy”, ja często używam tego słowa jako epitetu o pejoratywnym zabarwieniu…

Ruch Światło-Życie jest w tej chwili jedyną pewną rzeczą w moim życiu. Tak jakoś się stało, że ze wszystkich wytworów ludzkich (co prawda w tym wypadku człowiek jest tylko narzędziem). Ruch jest dla mnie jedynym miejscem, gdzie naprawdę żyję. Trwanie przy Panu właśnie w Ruchu było decyzją, która przemieniła moje życie.

komentarze 3

  1. Wąski · 29 czerwca 2014 Odpowiedz

    Pełna zgoda. Jak patrze na obecnych uczestników to się zastanawiam „że też im się jeszcze chce”, zapominając, że sam robiłem wszystko to co oni.

  2. keray · 23 maja 2016 Odpowiedz

    Hmmm, kiedy kilka lat temu odchodziłem z Ruchu, byłem rozczarowany kilkoma rzeczami… Teraz z perspektywy czasu i bycia w innej wspólnocie wiem, że nie ma wspólnoty idealnej, zawsze będzie coś co nam nie będzie pasować. Wiem też że Ruch dał mi solidną podstawę do funkcjonowania w Kościele, fundament wiary. Bóg przez tych kilkanaście lat formacji oazowej zmienił mnie bardzo i za to mu dziękuję, ale też cieszę się że dał mi możliwość i odwagę pójścia dalej, głębiej…

Dodaj komentarz