Ks. Bartłomiej Kopeć

Oaza

Powoli, ale systematycznie przebierał nogami. Piasek wypełniał cały widoczny krajobraz. Słońce piekło niemiłosiernie, a woda skończyła mu się już godzinę temu.

– Ona musi gdzieś tu być – powiedział do siebie, rozglądając się desperacko za upragnioną oazą. Jego objuczony wielbłąd nie uznał za słuszne komentować tej wypowiedzi. Ewidentnie lepiej znosił pustynną wędrówkę niż jego właściciel. Chociaż i jemu przydałoby się uzupełnić zapasy wody.

– Jeśli pomyliłem drogę, to obaj jesteśmy zgubieni – wędrowiec spojrzał smutno na swoje zwierzę.

Podążali dalej prosto, bo niby dokąd mieli iść. Jakakolwiek zmiana kierunku mogła skończyć się jedynie bezcelowym kluczeniem między wydmami i nieuchronną śmiercią. W męczarniach. Jeszcze kilka powłóczystych kroków, jeszcze jedna pokonana wydma…

I wreszcie ich oczom ukazała się oaza! Była mała i faktycznie łatwo było ją przeoczyć – zaledwie kilka palm daktylowych i niewielkie oczko wodne na środku. Ale teraz wydawała się im rajskim ogrodem. Ostatnie kilkaset metrów pokonali niemal biegnąc, tryskając radością i nowo odzyskaną nadzieją. Mulista woda, której zaczerpnęli miała smak najwyborniejszych napojów, jakie wędrowiec kiedykolwiek pił, a chłodny piasek w cieniu palm śmiało mógł konkurować z przepychem sułtańskich pałaców. No i jeszcze te świeże daktyle! Choć małe i na wpół wysuszone smakowały jak pokarm bogów.

– Przyjacielu – podróżnik obdarzył wielbłąda z szerokim uśmiechem – trafiliśmy do raju!

Także tym razem zwierzę nie odpowiedziało, tylko skupiło się na uzupełnianiu zapasów wody w organizmie.

– Masz zupełną rację – cichy głos był ledwo słyszalny. Wędrowiec rozejrzał się zdziwiony, ale w pierwszej chwili nikogo nie zobaczył – Kto tu jest? – zapytał w końcu.

– Tylko ja – głos delikatny i suchy niczym pustynny wiatr rozległ się ponownie, a zza jednej z niewielkich skał wyłonił się powoli jego właściciel. Starzec był opatulony strzępami ubrań, spod których wystawały fragmenty bladej jak papirus skóry. Opinała ona ściśle dobrze widoczne kości. Pociągłą, nieludzko chudą twarz po części skrywała długa, potargana broda, biała niczym kozie mleko.

– To jest raj – starzec zbliżał się do sadzawki powolnymi krokami. – i to otoczony przez piekło. – Zatoczył ręką wskazując na pustynię.

– Witaj przyjacielu – rzekł życzliwie wędrowiec, nie widząc ze strony starca żadnego zagrożenia. – Co ty tu robisz sam pośrodku pustyni?

– Podobnie jak ty, wędrowałem kiedyś przez to rozżarzone piekło. Aż natrafiłem na ten rajski ogród – starzec z wyraźnym wzruszeniem wodził wzrokiem po otaczających drzewach. – Uratował mi życie i od tamtej chwili cieszę się jego dobrodziejstwami. Czyż może być na świecie coś piękniejszego?

Wędrowiec rozejrzał się ponownie po okolicy. Kilka skarłowaciałych daktylowych drzew, dwie dające niewielki cień skały, brudne muliste jeziorko. Owszem, uratowały mu życie, ale raczej nie nazwałby tego najpiękniejszym miejscem na świecie.

– Przyjacielu, ta oaza to cenne i bardzo ważne miejsce na szlaku do Kairu, ale kilka dni drogi na zachód stąd jest kolejna oaza. Większa i piękniejsza. A potem następna, leżąca na głównym szlaku handlowym – pełna namiotów, ludzi i zwierząt. A za nią jest Kair – miasto wysokich domów, meczetów i sułtańskich pałaców, które zapierają dech w piersi!

– Bzdury! – przerwał starzec – Wszystko co cię tam czeka to jedynie nieuchronna śmierć w rozgrzanym piekle pustyni! Lepiej tu zostań. Wody i daktyli wystarczy dla nas dwóch.

Podróżnik z niedowierzaniem spojrzał na starca – chcesz powiedzieć, że nigdy nie opuściłeś tego miejsca?

– Oczywiście, że nie! Nie jestem głupcem. Gdzie miałoby mi być lepiej?

Wysuszone ciało i podarte ubranie jakoś nie specjalnie potwierdzały słowa właściciela.

– Przyjacielu – zaczął delikatnie wędrowiec – przysięgam ci, że pustynia to nie cały świat. Tam dalej czeka na ciebie życie; prawdziwe życie. Twoja oaza jest bezcenna dla kogoś, kto przemierza te złowrogie piaski, ale na niej świat się nie kończy. Należy nabrać wody, uzupełnić prowiant i ruszać dalej. Musisz zmierzyć się z pustynią, aby dotrzeć do wspaniałych miejsc, które za nią na ciebie czekają! To jest prawdziwy cel!

Starzec jednak nie chciał słuchać. Pomimo próśb i zaklinania, postanowił pozostać w oazie i nawet nie spojrzał na odchodzącego przybysza, który odpocząwszy i nabrawszy sił, ruszył dalej. Ku innym oazom. Ku ukrytym za oceanem piasku miastom. Ku życiu.

Zdjęcie: Dead In The Desert (CC BY-NC-SA 2.0) Baron Reznik

1 komentarz

  1. „Wiara nie idzie w parze z odwagą, i to jest chyba cały problem niewiary ludzi wierzących.” ks. Blachnicki

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.