Pająk rozpiął sieć

Pająk rozpiął sieć

Wakacje się skończyły, albo zaraz to zrobią. Pozostaną miłe wspomnienia, z dnia na dzień szarzejąca opalenizna i jesień za oknem. I oczekiwanie. Wyglądanie, przez dziewięć miesięcy, kolejnego lata. A co jeśli ono nie nadejdzie? Jeśli za rok nie będzie już ani rekolekcji, ani wypadów na mazury, ani smażenia się na plażach podrobionej tureckiej riwiery?

Ten czarny scenariusz, być może dla wielu niewyobrażalny, może okazać się prawdą. Czyż to nie jest przerażające? Na samą myśl po prostu się odechciewa, wszystko opada. Przecież to do wakacji zawsze się czeka. W ogóle, nasze życie to pasmo oczekiwań; na wakacje, weekend, spotkanie z kimś bliskim.

Kiedy byłem brzdącem czekałem na pierwszą gwiazdkę w wieczór wigilijny, bo co najmniej od tygodnia wiedziałem, co znajdę pod plastikową choinką. Brałem taki prezent, rozszarpywałem opakowania i bawiłem się nim… do sylwestra, zanim zupełnie mi się nie znudził. Panowie pewnie nie raz wyczekiwali pod szkołami, domami, lub na przystankach na swoje ukochane, z łomotem w klatce piersiowej. Wyczekiwane też pewnie miały niezłe bóle głowy, gdy za oknem nie widziały chłopca albo przychodził nie ten, którego pragnęły ujrzeć.

Wracając do rzeczy – wyobraźcie sobie: wakacji za rok nie będzie! W ogóle czas – jego też nie będzie. Przyzwyczailiśmy się funkcjonować od wydarzenia do wydarzenia. Podzieliliśmy sobie życie na czasy, które zaczynają się w momencie, gdy kończy się poprzedni, a potem kolejny… Najtrudniejsze jest żyć w kilku czasach jednocześnie, kiedy nawarstwiają się różne wydarzenia i zadania do realizacji. Kiedy jesteśmy przez czas poganiani, raz chcąc się w nim wyrobić, raz nie.Bywa, że stajemy się mistrzami w marnowaniu czasu. Jesteśmy jak wyborny szachista: analizujemy, tworzymy alternatywy marnowania czasu, jeśli nam na nim nie zależy. Gdy jest odwrotnie, to zazwyczaj nie wiemy, gdzie go podzialiśmy i budzimy się po czasie z ręką w nocniku.

Bezczas. Tak bardzo jara nas przemijający czas, lubimy historię, wszystko, co ważne miało miejsce w przeszłości, ale co będzie wtedy, gdy nadejdzie paruzja (ulubione słowo ND). Macie wizję tego, co się stanie? Może ktoś przeczytał Apokalipsę, może ktoś interesuje się pracami interpretującymi ją, ale założę się, że bez odniesieniu do czasu mało kto jest w stanie o tym myśleć. A to wydarzenie jest właśnie ponad czasem i dlatego tak trudno jest nam o nim myśleć.

Pierwsi Chrześcijanie żyli nadzieją, że ich prześladowania będą przyczyną, która rozpocznie ponowne przyjście Chrystusa. Byli rozczarowani, że ta perspektywa paruzji ucieka im i nie doczekają jej będąc wciąż żyjącymi. Później zmieniliśmy zdanie i marzyliśmy, że to wszystko odbędzie się po naszej śmierci. No może za wyjątkiem europejczyków żyjących w 999 roku, oni wierzyli, że za rok już będzie po wszystkim.

Dzisiaj mamy 2014 rok i dwa końce świata za sobą. Jeden z nich przeżywałem świadomie. Pod jego wpływem zacząłem się lękać, że kiedykolwiek nie miałby on nadejść, to nie będę na niego gotowy. Po prostu się nie da. Dziś, nie dopuszczam do siebie tej myśli, że koniec świata zostanie zorganizowany „za mojej kadencji”. Nie myślę o tym i nie przygotowuję się zbyt świadomie. To będzie najważniejsze wydarzenie dla ludzkości (stawiam je na równi z powstaniem człowieka i życiem Chrystusa), a my, współcześni katolicy, raczej nie mamy świadomości, że i nas to będzie dotyczyć.

Jest tu i teraz. To dobra, ale niepełna perspektywa. Myślimy, że nas paruzja zastanie już po czasie na ziemi, w trakcie spoczynku. Nie chcę tu ręczyć i oceniać nas wszystkim, ale mam wrażenie, że bardziej jara nas Powtórna Pascha niż Koniec Świata, a jednak ta jedna całość jest pełna i prawdziwa tylko wspólnie.

W poniedziałkowy poranek korzystam z ostatnich tchnień lata, siedzę ze zbyt mocną kawą. Obok leży książka*, której nie chcę kończyć, bo wówczas życie  straci nieco na swoim sensie. W rogu między ścianami a sufitem pająk wije sieć. Dobre pół roku tam siedzi, bo nie mam serca, ani ochoty go wykurzyć. Jest coraz większy i moja siostra panikuje, że kiedyś mnie ukąsi i umrę. Siedzę sobie ostatnio często w swoim fotelu i nie wiem, czy bardziej lękam się czasu, który gniecie mnie teraz, czy tego bezczasu, który może mnie zgnieść potem?

* Jadąc do Babadag, Andrzej Stasiuk, wyd. Czarne

Zdjęcie: time (cc) Sean MacEntee

 

 

Dodaj komentarz