Piękne trudnych prawd owoce

Piękne trudnych prawd owoce

12 czerwca pewnego razu w Warszawie

Jestem faryzeuszem. Obłudnikiem. Jednym mówię to, innym tamto. Moje życie jest podzielone. Z jednej strony podejmuję ważne decyzje, ale z drugiej – tak by nie widzieli tego ci, którym nie pasuje. Widzę jak liczne są moje próby zachowania swojego obrazu w oczach innych ludzi i ucieczki.

Prawdziwe zobaczenie własnego grzechu bardzo boli. To nie jest akt intelektualny ani gest pobożnościowy. To zbliżenie nosa do cuchnącego łajna. Jest to bardzo przykre i chce się uciec. Ale trzeba to wytrzymać. Czasem chciałoby się to wykrzyczeć na ulicy. Zobaczywszy własną nędzę można pomyśleć, że już nie warto starać się więcej – nie ma sensu. Lepiej może poddać się zupełnie i przestać walczyć. Przynajmniej to nie będzie kosztowało wysiłku.

W tajemniczy sposób następuje jednak kluczowy dla mnie moment, wręcz święty. Dotyk bożego miłosierdzia, zstąpienie Ducha. On mówi mi, że nie szkodzi, że nie jestem przegrany, że zawsze we mnie wierzył. I że teraz można właśnie zacząć stawiać pierwsze kroki do przodu. Że to punkt wyjścia, a nie meta.

Czyż to nie wiatr w żagle? Ręce osłabłe i kolana omdlałe, ale duch jakby odmłodniał. Wtedy smród zelżał, bo wiatr przyszedł, delikatny podmuch, dobry na nowy początek.

Zdjęcie (edytowane/cropped): Wanderer Above the Sea (CC BY-NC 2.0) Adamo Photography

Dodaj komentarz