Bartek Pulcyn

Pluszowe niedźwiedzie – kino i polityka

Po zdobyciu przez „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy Złotej Palmy na festiwalu w Cannes w 1981 roku Zygmunt Kałużyński w tekście pt. „Palma z żelaza” opublikowanym w tygodniku Polityka (23/1981) krytykował jury za decyzję podyktowaną politycznie. Przekonywał, że ten słaby film został uhonorowany wyłącznie ze względu na panujący w Polsce „karnawał solidarności”. Kino i polityka – związek oczywisty i stary jak filmowy świat czyli trwający już 123 lata. Nie trzeba się z jego powodu zżymać, choć czasem uwiera – warto mieć jednak jego świadomość, by nie przyjmować tego co się w świecie kina dzieje bezkrytycznie.

Ostanie miesiące to czas sporego feministycznego czy „równościowego” poruszenia. Głośna akcja #metoo, ruch Time’s Up, czarne protesty w Polsce oraz wiele innych wydarzeń i inicjatyw na nowo podniosły temperaturę dyskusji na temat obecności kobiet w świecie, w tym także w świecie kina. Podczas zakończonego niedawno festiwalu w Berlinie na łamach wydawanej codziennie branżowej prasy (Screen International, Hollywood Reporter, Variety) dywagowano między innymi czy na czele najważniejszych festiwali filmowych (Cannes, Berlinale, Toronto) nie powinny stanąć właśnie kobiety. Ta polityczna atmosfera nie przeszła bez echa i w Polsce; Tadeusz Sobolewski swoim tekstem pt. „Złotego Niedźwiedzia powinna dostać kobieta. Szumowska? Bispuri? Pintilie?”, który opublikowany został, co ciekawe, przed oficjalnymi pokazami filmów wspomnianych Pintilie i Szumowskiej – trafił w ciemno… w dziesiątkę. Oba tytuły kilkadziesiąt godzin później zdobyły najważniejsze laury imprezy. Czy dlatego, że były najlepsze? Moim zdaniem zdecydowanie nie.

„Touch me not” Adiny Pintilie trudno nazwać nawet filmem – jest to kinematograficzny eksperyment rejestrujący próby odzyskania wolności wewnętrznej (utożsamianej niemal wyłącznie z intymnością, fizycznością) bohaterki przez poddawanie się kolejnym terapeutycznym sesjom eksplorujących jej sferę seksualną. Wspominam dla porządku, choć nie chcę poświęcać obrazowi zbyt wiele uwagi. Jest on efektem poszukiwań artystki, które z punktu widzenia chrześcijanina są po prostu błądzeniem na manowcach. Reżyser próbuje bowiem odnaleźć wolność i wewnętrzną harmonię wyłącznie w sferze cielesnej redukując całkowicie sferę ducha.

Nieco szerzej chciałbym wspomnieć za to o najnowszym filmie Małgorzaty Szumowskiej, głównie dlatego, że będzie on miał swoją premierę w polskich kinach już w najbliższy piątek. Przytoczę poniżej tekst mikro-recenzji, którą napisałem na gorąco, tuż po wyjściu z kina i opublikowałem na Facebooku.

Z pewnością nie można odmówić Szumowskiej sprawności reżyserii (zwłaszcza w pierwszych minutach filmu), a Englertowi ciekawego zabiegu formalnego (użycie obiektywu tilt-shift o ruchomej płaszczyźnie ostrości) szkoda, że całość sprawia wrażenie satyrycznej przypowiastki wymachującego palcem katona. Satyrycznej, bo na nazwanie „Twarzy” paszkwilem zdecydowanie brakuje jej ciężaru.

Szumowska z wyraźnym poczuciem wyższości obśmiewa większość „polskich” wad – nie wydostaje się jednak nawet na moment z przestrzeni stereotypu na temat przeciętnego Janusza – Polaka i Katolika. Skojarzenie z „Botoksem” Vegi (nie tylko moje), który zrobił mniej więcej to samo z rodzimą służbą zdrowia nie jest chyba dla autorki nobilitujące.

Jacy są bohaterowie „Twarzy”? Przede wszystkim papierowi, a poza tym prymitywni, pozbawieni inteligencji i empatii, powierzchownie pobożni, nienawistni, chciwi, brutalni… można by wymieniać bardzo długo, niemal każda scena z udziałem członków rodziny głównego bohatera to kolejny zastaw prztyczków w nos/ciosów poniżej pasa/„wnikliwych” obserwacji… Księża zaś są oczywiście kretynami i chciwymi erotomanami – do pełnej „prawdy o polskim Kościele” zabrakło tylko… wiadomo czego, krzątających się po plebanii ministrantów.

Nie jednak mentorski ton i „demaskatorskie” zacięcie jest w „Twarzy” najbardziej odstręczające, lecz wyczuwalny w niemal każdym kadrze stosunek reżyserki do swoich bohaterów. Istnieje wiele filmów, które są krytyczne, nawet w sposób dosadny, wobec protagonistów i ich poczynań, ale naprawdę rzadko spotyka się obrazy, w których autor traktuje ich z tak dostrzegalną odrazą, pogardą lub w najlepszym razie obojętnością – jak w przypadku, co by nie było, głównego bohatera, którego dramat, przeżycia, emocje zdają się dla pani reżyser niespecjalnie interesujące. Jedynym (sic!) białym pionkiem na tej szachownicy pełnej ponurych typów jest dziadek bohatera (jakieś 70 sekund na ekranie).

Po co powstał ten film – zadaje sobie to pytanie od wyjścia z kina. Bo chyba nie tylko po to by wywołać kolejny odcinek facebookowej g-burzy. W satyrze na polskie przywary znacznie lepiej sprawdzają się rysownicy i niektórzy kabareciarze. Więc co? By rozpocząć dyskusję – taka odpowiedź zawsze działa. Ale nad czym? Nad duchowością/pobożnością/religijnością Polaków? To raczej zadanie dla duszpasterzy. Nad (zapowiadanym w artykułach poprzedzających premierę) stosunkiem do „innego”? Ten wątek wypada tu bardzo blado, jest niemal niezauważalny.

Nie jest tajemnicą, że film Szumowskiej gotowy był na ubiegłoroczny festiwal w Cannes. Ten dystans czasu jest niestety zauważalny. Kazus „Chrystusa ze Świebodzina” został już dawno przerobiony; omówiony i obśmiany… Dziś jest już symbolem przebrzmiałym.

Nagrody dla obu obrazów stanowią jasny znak aktualniej politycznej atmosfery, dominujących nurtów. Jednak, jak wszystko co ludzkie, owe trendy niedługo się zmienią. Pokuszę się nawet o śmiałą tezę, że zarówno film Adiny Pintilie jak Małgorzaty Szumowskiej nie zapiszą się na trwałe w historii i już niebawem nikt specjalnie nie będzie o nich pamiętał. Ich wartość artystyczna żadną miarą nie dorównuje bowiem politycznej aktualności. Nie dołączą zatem do grona arcydzieł światowego kina, które wygrały Berlinale jak „Tam, gdzie rosną poziomki” Ingmara Bergmana, „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta, „Rozważna i romantyczna”, Anga Lee, „W imię ojca” Jima Sheridana, „Dreszcze” Wojciecha Marczewskiego, czy „Dekameron” Pier Paolo Passoliniego.

Kino jest łakomym kąskiem. „To najważniejsza ze sztuk” mawiał Lenin. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Filmy mogą być skutecznym narzędziem społecznym i politycznym – kształtują zbiorową świadomość, kreują postawy, promują wartości.

Nie bez przyczyny kilka dni temu (27 marca) kontrowersyjna, największa amerykańska organizacja promująca wolny dostęp do aborcji – Planned Parenthood opublikowała na Twitterze następujący wpis:

„Potrzebujemy księżniczki Disneya, która dokonała aborcji. Potrzebujemy księżniczki Disneya, która jest »pro-choice« [w opozycji wobec „pro-life”]. Potrzebujemy księżniczki Disneya, która jest nielegalnym imigrantem. (…) Potrzebujemy księżniczki Disneya, która jest transseksualna.”

Wpis został szybko usunięty, ale wyraźnie wskazuje na moc kina, które może być narzędziem politycznego nacisku i argumentacji.

Choć ta ostatnia bywa, że jest prowadzona dość bezrozumnie. Koronnym przykładem niech będzie słynna scena ze znakomitych, opowiadających o możliwości przemiany i sile przebaczenia „Trzech Billboardów za Ebbing, Missouri”, w której Mildred (główna bohaterka) uznaje swojego rozmówcę – księdza za współwinnego pedofilii.  W jej oczach jest on bowiem członkiem bandy „czarnych” – stosuje zatem wobec niego odpowiedzialność zbiorową tak jak stosowano ją wobec członków gangów w USA w latach 80. Nie trzeba było długo czekać, by co bardziej krewcy krytycy Kościoła zaczęli przytaczać scenę i z lubością wbijać szpilę przeciwnikom pomijając zupełnie kontekst całości filmu. Czy wynikało to z braku umiejętności „oglądania ze zrozumieniem”? Czy ci sami, którzy kibicowali Mildred gdy „masakrowała” kapłana uznawali inne jej działania za słuszne? Stali za nią gdy dopuszczała się przemocy na licealistach kopiąc ich w krocze, podpalała komisariat policji, drwiła z karła….?

Polityczne zaangażowanie kina absolutnie nie wyczerpuje jego wartości, przeciwnie. Kino jest także (o co apelował Jan Paweł II w swoim Orędziu na XXIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu 1995 r.) „nośnikiem kultury i wartości”. Mam nadzieję, że o tym aspekcie kinematografii będę miał okazję napisać jeszcze wiele razy – choćby przy okazji premier filmów „Paweł, apostoł Chrystusa” i „Maria Magdalena”, które w polskich kinach zadebiutują w kwietniu i maju.

Ilustracja: Cinema is for sad (CC BY-NC 2.0)  zhsh

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.