Ks. Bartłomiej Kopeć

Poszukiwacze. Część 1. Szczęście

Zanim jeszcze otworzyłam oczy, do moich uszu doszedł znajomy dźwięk kuchennej krzątaniny. Przez chwilę trwałam tak, chłonąc kojące dźwięki przestawianych kubków i talerzy oraz powolne szuranie drewniaków po sękatej podłodze izby. Te dźwięki witały mnie każdego ranka, zapewniając, że wszystko jest w porządku; babcia czuwa. Kiedy wreszcie uchyliłam powieki, ujrzałam jej przygarbioną sylwetkę, która już po chwili odwróciła się znad blatu starego rodzinnego kredensu, tak jakby wyczuła moje przebudzenie.

– Dzień dobry kochanie – powiedziała pogodnie, a jej ciepły głos i towarzyszący mu uśmiech napełniły mnie przekonaniem, że to będzie dobry dzień. To było w niej doprawdy niezwykłe – zaraźliwa radość życia nie opuszczała jej nigdy! Pomimo brzemienia lat, licznych chorób (o których dowiadywałam się ukradkiem, bo sama wspominała o nich niechętnie), oraz licznych obowiązków w naszym małym gospodarstwie, babcia nieustannie tryskała energią i optymizmem. Jako mała dziewczynka traktowałam to, jako coś naturalnego, właściwego wszystkim ludziom. Jednak dorastając zaczęłam spostrzegać, że na tle pozostałych mieszkańców wioski, często zmęczonych i przygnębionych trudem codziennych zmartwień, staruszka jawi się jako odcinający się od reszty wyjątek.

– Dzień dobry babciu. – Wysunęłam się spod pierzyny i odwzajemniając uśmiech podbiegłam do niej i pocałowałam w pomarszczony policzek. Następnie zajęłam miejsce przy stole, na którym czekały już na mnie dzbanek świeżego mleka, słoik spadziowego miodu i grubo krojone pajdy chleba.

– Chciałabym kiedyś przygotować śniadanie dla ciebie babciu, ale ty zawsze wstajesz tak wcześnie – powiedziałam z lekkim wyrzutem, nalewając mleko do kubków. Staruszka uśmiechnęła się, dostawiła ściągnięty z kredensu słoik z konfiturą i zajęła miejsce na taborecie naprzeciwko.

– Wstaję wcześnie, bo szkoda marnować pięknego dnia – powiedziała i powoli zabrała się za jedzenie. Powolne ruchy i pomarszczone, lekko podkurczone dłonie, stale przypominały mi o liczbie jej lat. Tylko te oczy… Stale radosne i żywe, patrzące na świat z nieustannym zachwytem i lekkim zdziwieniem, jakby widziały go po raz pierwszy… albo ostatni…

– Babciu? – zagadnęłam nieśmiało. Jednak spojrzenie staruszki, zachęcające niczym słoneczne promienie odbijające się w wodach strumienia, od razu dodało mi odwagi.

– Jak to jest, że podczas gdy inni ludzie ciągle się smucą i złoszczą, wciąż narzekają lub mają o coś pretensje, ty zawsze jesteś taka pogodna i dobra? I to nie tylko dla mnie, ale dla każdego, kogo spotkasz!

Staruszka utkwiła wzrok w nadgryzionej kromce chleba, a jej szczęka na chwilę przestała przeżuwać. Zaraz jednak wznowiła posiłek i przełknęła kęs pieczywa.

– Wiesz kochanie, nie zawsze tak było – zaczęła powoli, ponownie podnosząc na mnie wzrok. – Gdy byłam w twoim wieku, byłam strasznym utrapieniem nie tylko dla moich rodziców, ale i dla całej wioski. Stale niezadowolona i kłótliwa, potrafiłam robić awantury o byle co.

– Nie mogę w to uwierzyć! – Wyraz niepomiernego zdumienia odmalował się na mojej twarzy. Coś takiego zupełnie nie pasowało do babci, którą znam. Jakoś nie byłam w stanie wyobrazić jej sobie kłócącej się, lub złoszczącej na kogokolwiek. Nawet nasz niesforny kot Pazur, pomimo swej ewidentnej złośliwości i sprawianych kłopotów, zawsze mógł liczyć na jej wyrozumiałość i łagodność.

– To prawda – powiedziała stanowczo babcia. – Byłam bardzo zgorzkniała i nieszczęśliwa. I mam wrażenie, że winiłam za to wszystkich wokoło. – Oczy staruszki utkwiły w powale, gdy przypominała sobie zamierzchłe czasy. Na jej twarzy jednak nie znać było smutku czy bólu. Po prostu próbowała przypomnieć sobie przeszłość, którą już dawno miała za sobą.

– Co, w takim razie, się wydarzyło, że zmieniłaś się aż tak bardzo?! – Płonęłam wręcz z ciekawości, zapominając nawet o pachnącym, świeżym mleku i na wpół zjedzonej kanapce z miodem, który powoli ściekał po grubej kromce na gliniany talerz. Babcia znów przeniosła na mnie pogodne spojrzenie i trwała chwilę w milczeniu, jakby rozważając, czy jestem gotowa, usłyszeć jej tajemnicę. We mnie zaś emocje wzbierały niczym nurt strumienia na wiosnę, a serce łomotało tak, że mogłam je niemal słyszeć. Czułam, jakby otwierała się przede mną szkatuła ze skarbem, skrywanym przez wiele lat, tuż pod moim nosem.

– Tak jak już mówiłam, byłam bardzo nieszczęśliwa – zaczęła spokojnie babcia – i byłam pewna, że to wina ludzi, którzy mnie otaczają; że nie dają mi tego, czego potrzebuję. Jednak gdy skończyłam szesnaście lat, doszłam do wniosku, że nie mam co liczyć na innych i że muszę wziąć sprawy w swoje ręce. – W oczach staruszki pojawił się na chwilę zawadiacki błysk, który zdawał się być odblaskiem dawnej, buntowniczej natury. – W wiosce wszyscy wiedzieli o mieszkającej w głębi lasu czarownicy. Jednak mało kto miał odwagę się do niej wybrać. Doszłam do wniosku, że kto jak kto, ale ona na pewno pomoże mi w osiągnięciu szczęścia, którego szukam. Wypytałam więc dyskretnie o jej miejsce zamieszkania i pewnego wiosennego dnia, z samego rana wyruszyłam na poszukiwanie.

– I poszłaś całkiem sama?! – Zrobiłam wielkie oczy z niedowierzania.

– Tak. Nie miałam wtedy nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem i podzielić się moimi trudnościami. – Babcia przeniosła wzrok na mój talerz. – Ale jedz śniadanie.

Nie spuszczając oczu z babci, podniosłam do ust kromkę chleba. Miód, gęsty i złocisty, zaczął spływać mi po ręku, a następnie skapywać na talerz. Drugą ręką sięgnęłam po kubek mleka i upiłam spory łyk. Z policzkami wypchanymi jak u chomika, przeżuwałam z trudem. Teraz jednak liczyła się tylko opowieść.

Babcia nie kazała mi długo czekać. Upewniwszy się, że posłusznie kontynuuję śniadanie, wznowiła opowiadanie.

– Droga do domu czarownicy nie okazała się szczególnie długa ani męcząca. Ścieżka, choć słabo widoczna, zdawała się być jednak uczęszczana. Być może korzystało z niej więcej mieszkańców wioski, niż się do tego przyznawało. Po niecałych dwóch godzinach wędrówki dotarłam do celu. Na środku dużej polany stała stara, ale dobrze utrzymana chata. Dookoła niej znajdował się sporych rozmiarów ogród ziołowo – warzywny, w którym pochylona pracowała jakaś kobieta. „Dzień dobry” – zawołałam, aby zwrócić na siebie jej uwagę. Kobieta przerwała pracę, wyprostowała się i spojrzała na mnie. Miała niewiarygodnie niebieskie oczy, niczym dwa górskie jeziora. Wpatrywałam się w nie jak zaczarowana. „Tak – pomyślałam – to z pewnością jest czarownica”.

– Czy była stara i brzydka? – zapytałam przełykając kolejny kęs kanapki.

– Nieee. – Babcia uśmiechnęła się pobłażliwie. Jednak szybko uśmiech zniknął z jej twarzy zastąpiony przez grymas intensywnego zamyślenia. – Tak prawdę mówiąc, to zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, jak wyglądała. Ani ile mogła mieć lat. Dziwne… Pamiętam tylko te oczy…

– Może naprawdę rzuciła na ciebie czar? – zasugerowałam podekscytowana.

– Hmm… – Babcia cały czas starała się przywołać z pamięci jakieś szczegóły. – Jakoś mi się nie wydaje. – W końcu poddała się. i to bez widocznego żalu. Wzruszyła ramionami – Trudno. Zresztą, jej wygląd nie miał żadnego znaczenia. Wiedziałam, że to czarownica. A ona wiedziała, że przyszłam po jej pomoc. Tak jak wszyscy przede mną. Odpowiedziała na moje powitanie, odłożyła trzymaną w ręku motykę i podeszła do mnie, wycierając ręce w podwiniętą spódnicę. Po kilku krótkich pytaniach na temat mojej osoby i wioski, z której przyszłam, kobieta przeszła do rzeczy: „To jak ci mogę pomóc?” To bezpośrednie pytanie wprawiło mnie w pewne zakłopotanie. Oczywiście chciałam jej pomocy, ale zupełnie nie wiedziałam, jak dokładnie sformułować swoją prośbę. „No bo ja chciałabym… – zaczęłam niepewnie – Chciałabym być szczęśliwa.” – Wypowiedziana na głos, moja prośba wydawała się jakaś taka naiwna i dziecinna. To przeświadczenie potwierdził lekki uśmieszek gospodyni – „Tak jak my wszyscy, moja droga. Tak jak my wszyscy.” – Lekko zmrużyła oczy i spojrzała na mnie przenikliwie – „A na czym to twoje szczęście miałoby konkretnie polegać?”

Coś ścisnęło mnie w gardle. Jakoś nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Szczęście to szczęście! Wiedziałam tylko, że mi go brakuje, ale nie miałam pojęcia, jak ono miałoby wyglądać. Jednak w sercu byłam przekonana, że rozpoznam je, gdy tylko się zjawi.

„No…” – zająknęłam się, gdy w końcu byłam w stanie wypowiedzieć cokolwiek – „Ja właściwie nie wiem”.

„Nie wiesz”. – Głos czarownicy był stanowczy. Wzięła się pod boki i przekręciła lekko głowę. Jej pewna siebie postawa całkowicie zbiła mnie z tropu. W domu silna i pewna siebie, tutaj czułam się jak mała, zagubiona dziewczynka, co zdawało się bawić gospodynię – „Jak więc mam ci pomóc, skoro nawet nie wiesz, gdzie leży twój problem?”

„Ależ wiem!” – zaprzeczyłam szybko – „Brakuje mi szczęścia!” – Po czym szybko dodałam błagalnie – „Pomożesz mi? Proszę!”

„A co mi dasz w zamian?” – spytała czarownica.

„Jak to?” – W pierwszej chwili nie zrozumiałam.

„Jak chcesz mi zapłacić? Każdy, kto przychodzi do mnie po pomoc, przynosi jakąś zapłatę. A co ty przyniosłaś?”

Zupełnie o tym nie pomyślałam! – „Ja… Ja nic nie mam” – wyszeptałam, a w moich oczach zaczęły gromadzić się łzy. Cała wyprawa na marne!

„Tylko mi tu nie rycz” – rozkazała stanowczo czarownica zbliżając swoją twarz do mojej – „Coś wymyślimy”.

„To pomożesz mi?” – W moim sercu znów rozpaliło się światełko nadziei.

„To będzie zależało od ciebie” – odpowiedziała, rozglądając się dookoła wyraźnie pochłonięta jakąś nową myślą. – „Oto, co zrobimy. Widzisz te grządki z warzywami?” – Wskazała ręką na miejsce, gdzie uprzednio zostawiła motykę. – „Strasznie rozpleniły się w nich chwasty. Boję się, że całkiem zagłuszą młode warzywa. Wypiel je. A jeśli dobrze się sprawisz, otrzymasz to, po co przyszłaś”.

Chciałam jakoś zaprotestować, zaproponować jakieś inne rozwiązanie, ale moja rozmówczyni już odwrócona do mnie plecami, zmierzała w stronę chaty. Zrezygnowana poczłapałam w stronę porzuconej motyki. „Tylko warzyw nie narusz!” – krzyknęła jeszcze czarownica od progu, po czym zniknęła za zamkniętymi drzwiami.

Ogród był duży, a chwasty naprawdę zdążyły się w nim już nieźle zadomowić. Co gorsza, łatwo je było pomylić ze wschodzącymi właśnie warzywami. Musiałam więc pracować bardzo ostrożnie, zgarbiona niemal do samej ziemi. Dzień był słoneczny i wkrótce pot zaczął lać się ze mnie strumieniami. Pomimo zmęczenia, postanowiłam jednak dopiąć swego. Byłam już tak blisko celu.

W ciągu całego dnia, czarownica pojawiła się zaledwie kilka razy, zawsze przynosząc coś do picia lub jedzenia, oraz uważnie przyglądając się wykonanej do tej pory pracy. Stale jednak towarzyszył mi jej pies. „Ma na imię Promyk” – poinformowała za którymś razem gospodyni – „Bo równie łatwo jak jego słoneczny odpowiednik potrafi rozpogodzić moje oblicze”. Następnie schyliła się próbując pogłaskać skaczącą wokół rozradowaną psinę, co jednak okazało się nazbyt trudnym zadaniem. Promyk po prostu nie chciał zatrzymać się w jednym miejscu. Po kilku nieudanych próbach, czarownica poddała się, pogroziła psu palcem i wróciła do domu.

„Znowu zostaliśmy sami.” – Spojrzałam na towarzysza niedoli, a on odszczeknął radośnie, dając do zrozumienia, że sytuacja zupełnie mu nie przeszkadza.

Gdy późnym popołudniem zakończyłam wreszcie pielenie i usiadłam na niewielkim pieńku obok domu, gospodyni zajęła miejsce koło mnie. Rzuciła Promykowi sporą kość a mi podała kubek świeżego mleka i rzekła patrząc dookoła: „Kawał dobrej roboty. Pora na twoją zapłatę”. Byłam jednak zbyt zmęczona, aby się uśmiechnąć. Skinęłam więc tylko głową. Kobieta ujęła mnie delikatnie za podbródek i odwróciła moją głowę w swoją stronę. Jej niewiarygodnie niebieskie oczy znajdowały się zaledwie kilka centymetrów od moich. A potem wypowiedziała zdanie, które zapadło głęboko w moje serce i od tamtej pory towarzyszy mi każdego dnia mojego życia. Jeszcze zanim się obudzę, słyszę je tuż na granicy snu, a potem powtarzam sobie, przy każdej nadarzającej się okazji, aby nim zakończyć dzień, kiedy już kładę się do łóżka.

– Jakie do zdanie babciu? – Nawet nie zauważyłam, kiedy wstałam z taboretu. Teraz opierając ręce o blat stołu, nachylałam się w stronę staruszki, napinając wszystkie mięśnie z niecierpliwości i podniecenia. Babcia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się dobrodusznie. Jej oczy wydały mi się błękitne jak jeszcze nigdy dotąd.

– To właśnie dziś jest najważniejszy dzień twojego życia.

Zdjęcie: (modyfikowane/cropped) happy lady (CC BY 2.0) Ariel Leuenberger

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.