Poszukiwacze. Część II. Miłość

Poszukiwacze. Część II. Miłość

Promyk biegł przez podwórko, ściskając w pysku wielką kość. „Ale wspaniały dzień” – myślał – „Najpierw nowa przyjaciółka do zabawy, a teraz to!” – Jego szczęki mocniej zacisnęły się na zdobyczy. Już oczami psiej wyobraźni widział siebie leżącego przed budą i rozkoszującego się przysmakiem. Jednak zaraz pojawiła się inna myśl, wypierając sielankowy obraz zbliżającej się uczty.

Z przejęcia aż stanął w miejscu, co nie zdarzało mu się szczególnie często – „Ale ze mnie samolub! Myślę tylko o sobie!” – Zmartwił się nie na żarty. – „Nie mogę takiej wspaniałej kości zachować tylko dla siebie. Wiem! Podzielę się moją kością z innymi! W ten sposób ja też sprawię dziś komuś radość!” I zadowolony popędził na łąkę za stodołą, gdzie pasła się jedyna w gospodarstwie krowa. Czarne łaty na jej grzbiecie przypominały sunące po niebie chmury. Gospodyni więc nie miała najmniejszego problemu z wyborem dla niej imienia.

– Chmułko! – szczekał już z daleka Promyk, jednak ściskana w zębach kość znacząco ograniczała jego możliwości głosowe. – Chmułko, mam dła sciebie płesent!

Krowa uniosła z zainteresowaniem głowę, przyglądając się rozradowanemu psu i dziwnemu przedmiotowi, który przed nią położył. Przeżuwania jednak nie zaprzestała.

– A cóż to takiego? – Głos Chmurki był niski i lekko stłumiony, bo wydobywał się z praktycznie zamkniętego pyska. Zresztą, jak zawsze. Złośliwi twierdzili, że to dlatego, że krowia staruszka nieustannie coś przeżuwała i nie otwierała pyska zbyt szeroko, aby nie wypluć zawartości. W obecnej chwili twierdzenie to było całkowicie uzasadnione.

– To kość! Dla ciebie! Ode mnie! – Promyk z wywieszonym językiem wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w krowę i radośnie merdał ogonem.

– A po co mi to? – Prezent zdawał się nie wywołać zamierzonego efektu.

– Jak to, po co? – Psa ogarnęło lekkie zwątpienie. – Do jedzenia! To dobre!

– Uuu – mruknęła z dezaprobatą Chmurka. – Dziękuję, ale zostanę przy trawie. – Po czym odwróciła się i wróciła do miarowej konsumpcji.

Promyk przez chwilę stał oniemiały ze zdumienia. W jego prostym, psim sercu zaczął kiełkować gniew – „Jak ona mogła odrzucić taki wspaniały prezent?” – pomyślał. Zaraz jednak potrząsnął głową, aby odpędzić niemiłe myśli – „Nie, to nie. Dam go komuś innemu” – Złapał smakowitą kość w zęby i pobiegł z powrotem w stronę zabudowań.

Koło studni napotkał kurę Dziubkę, która z zaangażowaniem grzebała w ziemi, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. „Ona na pewno doceni prezent” – pomyślał pies i upuścił przed kokoszą kość.

– Gdzie mi z tym!? – rozgdakała się oburzona Dziubka – Nie widzi, że tu się pracuje!?

– To dla ciebie! Masz, najedz się. – Promyk przekrzywił lekko głowę, radośnie merdając ogonem.

– Co?! Kością?! – jeszcze głośniej rozgdakała się kura – Też mi coś! – Po czym bez dalszych komentarzy wróciła do swoich poszukiwań.

Psie serce znowu wypełniło się nieprzyjemnymi myślami na temat miejscowych zwierząt i ich niewdzięczności. Kontem oka dostrzegł jednak wylegującego się w pobliżu Mruczka i postanowił spróbować jeszcze raz.

– I co twoim zdaniem miałbym z tym zrobić, ty rozszczekany kłębku zakurzonego futra – Kot ledwo podniósł wzrok. W jego głosie i niemrawych gestach czuć było wyższość i rozleniwienie. – Tylko mi nie mów, że zjeść – Ubiegł odpowiedź Promyka, który teraz, jeszcze bardziej niż zazwyczaj, czuł się w obecności kota jakoś tak nieswojo. Chciał coś odpowiedzieć, ale rozmówca ewidentnie stracił już całe zainteresowanie jego osobą i znowu pogrążył się w drzemce. Nie pozostało więc nic innego, jak tylko zabrać kość i oddalić się w stronę budy. Nie miał już ochoty nikogo obdarowywać. Był smutny i… tak. Był też zły. Nie rozumiał, jak wszyscy mogli pogardzić tak wspaniałym darem. Położył się przed budą i próbował nacieszyć się swoją kością, ale jakoś zupełnie nie sprawiała mu ona radości.

– Co się stało piesku? – Czarownica ukucnęła obok i zaczęła delikatnie drapać go za uchem. – Dawno nie widziałam cię tak pochmurnego.

Promyk w kilku warknięciach opowiedział o niewdzięczności mieszkańców gospodarstwa.

– Oj, chyba będę musiała z nimi trochę porozmawiać. – Uśmiechnęła się tajemniczo gospodyni, po czym oddaliła się, pozostawiając psa samego z ponurymi myślami. I gdy tak pogrążał się w żalu, nagle jakiś cień przysłonił niebo. Lecz zanim Promyk zdążył spojrzeć w górę, spadła mu na głowę spora wiązka siana.

– Hej! – Szczeknął zaskoczony – Co to za żarty!?

– To nie żarty. – Usłyszał spokojny głos Chmurki. Powoli zaczął wygrzebywać się z siana.

– Przyniosłam ci prezent.

– Siano?! – Burknął zachmurzony pies, wygrzebując się z siana. Energicznie otrząsnął łeb z resztek suchych ździebeł. – Też mi prezent!

– Uuu. – Obruszyła się krowa. – Siano pierwsza klasa. Sama wybierałam. Tylko nie mów, że ci nie smakuje.

– Też coś! – Promyk odwrócił się i ostentacyjnie ruszył w stronę domu. Jednak zaraz zabiegła mu drogę kura, trzymając w dziobie wijącą się jeszcze dżdżownicę. – Masz! Jedz! Dobra! – wygdakała, po czym spróbowała wepchnąć mu robaka do pyska.

– Fuuj! – pies odskoczył jak poparzony. – Co to za żarty!? – Po czym ruszył biegiem, jak najdalej od wijącego się paskudztwa. Już sama myśl o zjedzeniu tego czegoś przyprawiała go o mdłości.

Gdy tylko znalazł się za rogiem domu, przystanął na chwilę i spojrzał za siebie, aby upewnić się, że nikt go nie goni. A szczególnie Dziubka ze swoim robaczyskiem. Na szczęście był sam.

– Cześć – Na ten niespodziewany głos tuż za swoimi plecami, Promyk aż podskoczył. Kot słynął ze swej niedoścignionej umiejętności skradania się. Zresztą szczycił się nią i popisywał przy każdej nadarzającej się okazji. – Coś taki wystraszony? Goni cię kto? – W jego głosie słychać było drwinę, co tylko podkreślały lekko przymknięte powieki, spod których uważnie obserwował psa.

– Nnnie – zająknął się Promyk. – Ja tylko tak… – Po czym, wiedziony dziwnym przeczuciem, spojrzał pod swoje nogi. I podskoczył po raz drugi! Pomiędzy nim a kontem leżała mysz, a jej wywieszony język i wymowny brak jakiegokolwiek, chodźmy najmniejszego ruchu, ewidentnie świadczyły, że jest martwa. – Ccco… – zaczął swoje pytanie, ale Mruczek, swoim zwyczajem, nie pozwolił mu dokończyć. – To dla ciebie. Pomyślałem, że taka ofiara jak ty sam nie jest w stanie  nic upolować, więc zrobiłem to za ciebie. Nie musisz dziękować. – Po czym odwrócił się i odmaszerował, dostojnie prezentując, sterczący w górę ogon.

Promyk stał przez chwilę nieruchomo, spoglądając to na odchodzącego kota, a to na makabryczny prezent i zastanawiając się, co powinien zrobić. Doszedłszy jednak do wniosku, że nie ma zamiaru tykać nieszczęsnego gryzonia, upewniwszy się, że Mruczek go nie widzi, umknął czym prędzej w stronę wejścia do domu. Tu zastał siedzącą na schodach czarownicę.

– Coś nie tęgo wyglądasz mój mały. – zagadnęła gospodyni, głaszcząc skulonego przy swych nogach psa. – Czyżby nie podobały ci się prezenty?

– Nie – padło krótkie warknięcie.

– Dlaczego?

– No bo ja przecież nie jadam siana, ani dżdżownic, ani tym bardziej myszy! – Czarownica wyraźnie odczuła pod ręką wzdrygnięcie, które przeszyło całe ciało psa.

– Podobnie, jak oni nie jadają kości. – Gospodyni poklepała uspokajająco bok zwierzęcia.

– Ale ja chciałem im dać to, co najlepsze. – Promyk uniósł głowę i spojrzał na swą panią.

– Oni też! Ale widzisz mój czworonożny przyjacielu – głos czarownicy przycichł, a jej twarz przysunęła się do psiego pyska. Teraz obiema rękami ściskała jego głowę i wpatrywała się głęboko w jego zadziwiająco rozumne ślepia – Okazywanie innym miłości nie wystarczy. Trzeba to jeszcze robić w sposób, który będą w stanie przyjąć. A to mój kochany, nie lada sztuka. I to nie tylko dla psa.

 

Jej wzrok powędrował w stronę pobliskich drzew, z których właśnie wyłoniła się sylwetka rosłego mężczyzny, który ujrzawszy dom czarownicy, z wyraźną ulgą pochylił się i oparł ramiona o ugięte kolana. Urywany oddech i obfity pot ściekający z długich, ciemnych włosów świadczyły o ogromnym zmęczeniu.

– Zaiste, ciekawy dziś mamy dzień… – wyszeptała kobieta, a jej błękitne oczy przeniosły się nad wierzchołki drzew ku znikającej za nimi czerwonej tarczy słońca.

Zdjęcie: peders.clover (CC BY 2.0) kjerstinschroeder

1 Komentarz

  1. Radek · 25 maja 2016 Odpowiedz

    Przypomniały mi się tu słowa bp Wodarczyka z jednej kongregacji, że nawet ewangelizacja może być „niewrażliwym wciskaniem niechcianego produktu niegotowemu odbiorcy”.

Dodaj komentarz