Ks. Bartłomiej Kopeć

Praska Miłość

Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.

Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę

 

Na pewnym praskim podwórku znów słychać było ostrą awanturę. Albert przystanął i nasłuchiwał przez chwilę. Tak jak się spodziewał, głosy dochodziły z pierwszego piętra od jego sąsiadów. Byli ze sobą już z 10 lat i stale się kłócili. Jednak tym razem spór wydawał się ostrzejszy niż zwykle. Słowa, które dolatywały do uszu Alberta, jakoś szczególnie go niepokoiły. Coś poruszyło się niespokojnie w jego sercu i postanowił tym razem zareagować. Kiedy wspinał się po obdrapanej klatce schodowej, w głowie naprędce układał mu się plan.

Kiedy stanął przed drzwiami z numerem 4, zastukał mocno. Jednak krzyki ze środka zagłuszyły jego kołatanie. Czynność musiał powtórzyć jeszcze kilkakrotnie, zanim głosy wewnątrz ucichły. Drzwi otworzyły się na oścież, ukazując pochmurną twarz Piotra – wiem, wiem, jesteśmy za głośno – powiedział zrezygnowanym, zachrypniętym głosem – postaramy się być ciszej – i już chciał zamknąć drzwi. Jednak Albert nie pozwolił zbyć się tak łatwo:

– Ależ nie o to chodzi – uśmiechnął się do sąsiada – przyszedłem, bo dramatycznie potrzebuję waszej pomocy – wypalił wprost i zrobił najbardziej żałosną minę, jaka mu przyszła do głowy. Piotr spojrzał na niego – nie wiadomo czy bardziej zaskoczony czy zmieszany dziwną sytuacją.

– Nie zostawiajcie sąsiada w potrzebie – kontynuował żałośnie Albert. Wreszcie w Piotrze zwykła ludzka życzliwość przełamała jego opór, przestąpił krok do tyłu i wpuścił gościa do środka.

– Bożenka, mamy gościa – krzykną w głąb mieszkania – herbaty zrób!

Opuchnięta od płaczu twarz gospodyni wychyliła się na chwilę z kuchni. Pomimo tragicznego wyglądu, dało się na niej rozpoznać wyraz sporego zdziwienia. Usta poruszyły się w bezgłośnym „dzień dobry”, po czym całość zniknęła za futryną.

Mężczyźni usiedli w pokoju przy niskiej ławie. Albert stale wpatrywał się w podłogę, próbując starannie dobierać słowa – przepraszam, że tak nachodzę nie w porę, ale… – dukał powoli – mam duży problem i pomyślałem, że sąsiedzi mi jakoś pomogą.

– Mówże śmiało panie Albercie – odpowiedział już śmielej gospodarz – jak będziemy mogli, to pomożemy.

W tym momencie jego żona weszła do pokoju, niosąc w rękach dwie szklanki w wiklinowych koszyczkach. W środku spokojnie kręciły się torebeczki taniej ekspresowej herbaty. Postawiła je na ławie i już chciała wychodzić, lecz Albert zatrzymał ją szybko – Będę potrzebował pomocy obydwu państwa! – Bożenka stanęła w pół kroku i odwróciła się, zerkając to na męża, to na sąsiada – oczywiście, jeśli tylko się zgodzicie… – dokończył pokornie gość.

Nie mogła tak trwać w nieskończoność, więc po chwili zastanowienia pani domu usiadła na tapczanie u boku swego małżonka, zachowując jednak widoczny dystans.

– No dobrze – Piotr założył ręce na piersi – powie sąsiad o co chodzi.

Albert ujął szklankę w obie ręce i zaczął grzać sobie dłonie, wpatrując się w nabierający brązowej barwy płyn w środku naczynia – jak dobrze państwo wiedzą, mam chorego synka. Kiedy ja wychodzę do pracy, on całymi dniami leży sam w domu. Staram się czasami wymyślić coś, co go zajmie, ale nie często mi się to udaje, bo ani czasu za bardzo nie mam, ani pomysłów. Za tydzień Wojtuś ma urodziny i pomyślałem sobie, że dobrze byłoby mu zrobić jakąś niespodziankę. Ale wiecie państwo, ja ciągle zapracowany, stale poza domem, sam nie dam rady. I pomyślałem, że może państwo mi pomogą… w końcu sąsiedzi i ludzie życzliwi… – tu spojrzał błagalnie na gospodarzy. Ci z szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w gościa. Potem jak na sygnał przenieśli wzrok na siebie nawzajem. Potem znów na gościa.

– No wie pan, panie Albercie, my byśmy chętnie, ale… – zaczął Piotr, szukając jakichś słów wymówki, jednak przerwał mu nagły wybuch radości – Naprawdę chętnie?! – twarz gościa promieniowała – To cudownie! Nawet państwo nie wiecie, jakie to ważne dla mojego syna! On całymi dniami nudzi się w tym domu, nikt do niego nie przychodzi, a tu nagle taka radość! Jesteście aniołami!

Dalej sprawy potoczyły się już same – Piotr i Bożenka nie mogąc wykręcić się z zadania, zaczęli obmyślać, co można przygotować i co każde z nich może zrobić. Gospodyni oczywiście podjęła się kwestii kulinarnych, bo co to za urodziny bez tortu i sałatki jarzynowej!… Mężczyźni postanowili skupić się na dekoracjach i sprawie rozrywek.

Cały tydzień minął im na planowaniu i przygotowaniach. Mieszkańcy podwórka, przechodzili pod ich blokiem z dziwnym uczuciem zaniepokojenia, bo czuli, że coś nie gra, ale nie mogli połapać się co… Dopiero pod koniec tygodnia, ktoś zauważył, że na osiedlu zrobiło się jakoś ciszej, bo nie słychać kłótni tego małżeństwa spod czwórki.

Albert z radością patrzył, jak jego plan działa – małżeństwo dotąd skłócone, teraz zaczęło działać razem. I okazało się, że potrafią się dogadywać bez podnoszenia głosu. Parę razy pojawiły się sytuacje konfliktowe, ale jedno spojrzenie na cierpiącego chłopca uspokajało atmosferę.

Urodziny odbyły się z wielką pompą i oprócz organizatorów pojawili się na nich także inni sąsiedzi. Był tort i prezenty, no i oczywiście sałatka jarzynowa.

Jednak po kilku dniach emocje opadły, a podwórko znów zaczęły rozdzierać niepokojące krzyki z pierwszego piętra. Ale Albert miał już gotowy plan.

Kiedy pewnego dnia Piotr jak co dzień wracał z pracy, ujrzał sąsiada z dołu szalejącego przed blokiem ze szpadlem. Co dziwniejsze, obok pochylona kręciła się jego własna żona – Bożenka.

– Dobry – zagadnął przekrzywiając na bok głowę i odchylając do tyłu kaszkiet.

– Ano dobry sąsiedzie! – z promienistym uśmiechem przywitał go Albert – jak tam w robocie?

– A, nijak. Ale widzę za to, że u was dość ciekawie – skinął głową w stronę skwerku trawy i grzebiącej w nim kobiety.

– Taaa – jeszcze szerzej uśmiechnął się Albert – wiesz sąsiedzie, pomyślałem, że jak ten mój Wojtuś tak cały dzień siedzi w domu i gapi się w okno, to warto, żeby chociaż miał jakiś ładniejszy widok. A że jest tu trochę miejsca, to można by zrobić niczego sobie ogródek. No i pańska małżonka (wspaniała kobieta) zaoferowała się pomóc. A może i sąsiad zechciałby się przyłączyć, bo para takich silnych rąk na pewno by się przydała.

Piotr już chciał wymruczeć coś o zmęczeniu i całym dniu w robocie, ale ubiegła go Bożenka – toż to leń, tak w pracy jak w domu. Na pewno się nie zgodzi! – i wróciła do swojego dziabania motyką.

Piotr poczerwieniał jak cegły ich kamienicy. Już miał poinformować wszystkich wokół, kto w tej rodzinie jest prawdziwym obibokiem, ale w tym momencie dojrzał wyglądającą zza szyby znajomą twarz chorego chłopca. Stłumił więc w ustach przekleństwo, pochwycił trzymany przez Alberta szpadel i całą swoją frustrację włożył w przekopywanie ziemi.

I tak praca nad ogrodem szła powoli do przodu. Każda wolną chwilę poświęcali bądź to na planowanie, bądź na sadzenie i pielęgnację roślin. I chociaż ogródek był skromny, to prezentował się pięknie, a inni lokatorzy z chęcią zatrzymywali się, aby podziwiać ten mały miejscowy cud. A właściwie dwa cuda. Bo drugim była dwutygodniowa zgoda pomiędzy małżonkami.

Pod koniec prac Albert bał się trochę tego, co nastąpi, jednak sposobność nadarzyła się sama – w pracy zaproponowano mu wyjazd na miesięczną delegację – oczywiście dobrze płatną. W takich sytuacjach zwykle odmawiał, bo choć pieniądze bardzo by się im w domu przydały, to nie miał przecież z kim zostawić Wojtka. Teraz jednak było inaczej.

Kiedy przedstawiał sytuację sąsiadom z góry, nastawiał się na spory opór. Obmyślał nawet specjalne wybiegi i argumenty, aby ich przekonać. Jakże był zdziwiony, kiedy zaraz po usłyszeniu prośby, para spojrzała krótko na siebie i niemal równocześnie powiedziała „tak”. Przez chwilę siedział oniemiały z łyżeczką do połowy zanurzoną w herbacie, po czym poderwał się i oboje serdecznie uściskał.

Na miesiąc Bożenka i Piotr przeprowadzili się na parter, aby móc zajmować się chłopcem całodobowo. Zaglądali do swojego mieszkania tylko po to, aby zabrać jakieś potrzebne rzeczy. Przez cały ten czas troskliwie doglądali Wojtka, karmili go, podawali lekarstwa, rozmawiali, a młody chłopiec stopniowo podbijał ich serca. Przez cały miesiąc na podwórku nie dało się ani razu słyszeć ich kłótni. Nawet sąsiedzi, nie mogąc wyjść z podziwu, przystawali pod oknami kamienicy i potrząsali głowami z niedowierzaniem.

Kiedy zbliżał się czas powrotu Alberta, małżonkowie jakoś posmutnieli. Czuli, że dzieje się z nimi coś dobrego, nawet jeśli nie potrafili tego nazwać, i bali się, że za chwilę to utracą.

Kiedy więc ojciec Wojtusia przekroczył próg domu, powitali go dość chłodno, jak jakąś nieprzyjemną konieczność.

– Coście tacy smutni? – zagadnął sąsiadów.

– Nie wiem. Jakoś tak dziwnie – odpowiedział spuszczając wzrok Piotr. Bożenka przybliżyła się do męża i, co było zadziwiające, wtuliła mu się w ramię!

– Ha – zawołał Albert – Cieszę się widząc waszą przemianę! Zawsze wiedziałem, że się kochacie. Brakowało wam po prostu celu, który by was łączył. Dostaliście cel i wszystko się poukładało jak należy.

– No tak – zaczęła nieśmiało Bożenka – ale teraz ty nam ten cel odbierzesz. I wszystko znowu będzie po staremu – jeszcze mocniej wtuliła się w mężowe ramię, a jej oczy napełniły się łzami.

– Wcale nie musi tak być droga sąsiadko. A to mało jest celów na świecie? – mężczyzna podszedł do okna i zastukał w szybę. Małżonkowie wyjrzeli na zewnątrz. Przed domem stała mała gromadka umorusanych dzieci ulicy. Zawsze pełno się ich kręciło po Pradze i mało kto się nimi interesował – brudne, obdarte i chude, że aż ciarki przechodzą. Albert widocznie pozbierał ich w drodze powrotnej.

– Umiecie się opiekować dziećmi, czego dowodem mój syn. A i serca do tego wam nie brakuje, co pokazaliście wyraźnie. Tam macie całe stadko celów! Życia wam nie starczy, aby się wszystkimi zająć – uśmiechnął się szeroko i serdecznie uściskał swoich sąsiadów.

I odtąd życie na ich podwórku zmieniło się nie do poznania.

Co prawda nie zrobiło się ciszej.

Ale za to okrzyki gniewu zostały na stałe wyparte przez głośny, dziecięcy śmiech.

Zdjęcie Brzeska (cc) Radek Kołakowski

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.