Przyjaźń

Przyjaźń

Wzywaj Mnie w dniu utrapienia: 

Ja cię uwolnię, a ty Mnie uwielbisz  

(Ps 50, 15)

 

„Przyjaźń to wspaniała rzecz” – pomyślał Pan Bóg i uśmiechnął się do siebie. Po raz kolejny z czułością spojrzał na Ziemię i krzątających się w dole ludzi. Myślenie o nich, jako o swych przyjaciołach sprawiała mu niebywałą radość.

Lubił wsłuchiwać się w ich modlitwy i dbać, aby żadna nie pozostała bez odpowiedzi. I chociaż każdą z tych małych, bezbronnych istotek darzył niepomierną wręcz miłością, musiał przyznać, że największą radość sprawiały mu rozmowy z Pawłem. Ten zwyczajny, niewykształcony rolnik, za każdym razem, kiedy klękał do modlitwy, wylewał przed Nim całe swoje proste serce. W zdaniach, które wypowiadał, nie było ani jednego zwrotu, nawet jednego słowa, które nie nosiłoby na sobie płomiennej pieczęci szczerej gorliwości. Te modlitwy tak chwytały Pana Boga za serce, że niczego nie potrafił mu odmówić. Z dziecięcą wręcz niecierpliwością czekał na chwile spotkań z przyjacielem i z radością obsypywał go wszelkimi dobrami, których potrzeba, choć w śladowych ilościach, pojawiła się w pawłowych wezwaniach. Nawet dni wypełnione uciążliwymi bożymi obowiązkami mijały szybko i przyjemnie, gdy w perspektywie była rychła rozmowa z przyjacielem. „Tak” – pomyślał z satysfakcją Pan Bóg – „Paweł to prawdziwy przyjaciel.”

Jednak pewnego dnia Stwórca przeżył spore zaskoczenie, gdy pomimo zwyczajowej godziny, nie dotarła do Niego znajoma, żarliwa modlitwa. „Hmm…” – Podrapał się w brodę – „Widocznie był dziś bardziej zajęty niż zazwyczaj.” I postanawiając nie przejmować się tym za bardzo, powrócił do swoich typowych obowiązków.

Również gdy sytuacja powtórzyła się następnego dnia, próbował znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie – w końcu nikt nie był tak dobry jak On w usprawiedliwianiu ludzi – „Trwają żniwa. Nic dziwnego, że nie w głowie mu modlitwy. W końcu, mało znam ludzi tak pracowitych jak on.” Jednak milczenie Pawła przeciągało się. I chociaż w sercu Pana Boga rosło zaniepokojenie, postanowił dać przyjacielowi trochę czasu. Przecież każda relacja wymaga zaufania.

Lecz gdy minął miesiąc, tęsknota wzięła górę nad cierpliwością! Pan Bóg zebrał się w sobie i postanowił osobiście pofatygować się na Ziemię, aby sprawdzić, co się stało.

Stanął przed pięknym, zadbanym gospodarstwem, ogrodzonym starannie pomalowanym na zielono płotem. Wszystkie budynki odznaczały się solidnością, świadcząc o zamożności i gospodarności właściciela. Pomiędzy nimi uwijała się spora grupa pracowników, w których Przybysz rozpoznał robotników najemnych. „Widać, że Pawłowi się powodzi” – pomyślał z radością i pewną dozą dumy.

– W czym mogę pomóc? – Gospodarz pewnym krokiem podszedł do bramy, przy której stał nieznajomy.

– Witaj Pawle. – powiedział Pan Bóg i uśmiechnął się serdecznie. Tak długo czekał na to spotkanie. Majestat obecnych w tych prostych słowach nie pozostawił w gospodarzu nawet cienia wątpliwości, z kim ma do czynienia. Już chciał paść na kolana, przestraszony z powodu tak niezwykłych odwiedzin, ale Gość powstrzymał go gestem ręki. Stał więc osłupiały, nie mogąc oderwać wzroku od prezentującej się przed nim postaci.

– Wiem, że jesteś bardzo zapracowany, – Pan Bóg postanowił od razu przejść do rzeczy – dlatego nie chcę ci zabierać za dużo czasu.

– A..ależ skąd – zająknął się Paweł. – To wielki zaszczyt… – Próbował na szybko wymyślić jakieś odpowiednie przywitanie, ale jak na złość wszystkie wyuczone formuły modlitewne zupełnie wyleciały mu z głowy. Na szczęście Przybysz uciął jego nieudolne starania uspokajającym gestem.

– Wiesz, wpadłem cię tylko zapytać, co się stało z naszymi spotkaniami. – Jego wzrok był łagodny, wręcz przepraszający. – Od miesiąca już nie słyszałem twoich modlitw i, muszę przyznać, zacząłem się martwić. Brakuje mi ich. Dlaczego już ze mną nie rozmawiasz?

Paweł przez chwilę patrzył w przepastne oczy Pana Boga. Potem odwrócił się i ogarnął spojrzeniem piękną chałupę ze świeżo ułożonym słomianych dachem, wielką stodołę, do której parobkowie wrzucali nadzwyczaj urodzajny plon z tego roku. Pomyślał o licznym stadzie krów, które jeszcze pasły się na łące po drugiej stronie strugi. I przede wszystkim o swojej pięknej Kasieńce, która krzątała się w chałupie przy obiedzie, odpędzając pewnie co i rusz od pieca trójkę ich małych urwisów.

Potem powrócił wzrokiem do niespodziewanego Gościa. Z zakłopotaniem spojrzał w jego posmutniałe teraz oczy i rzekł szczerze:

– Bo widzisz Panie Boże… Ja cię po prostu już nie potrzebuję.

Zdjęcie: Belinda & Campbell (CC BY-ND 2.0) Eric Ronald

komentarze 2

  1. Anonim · 14 listopada 2016 Odpowiedz

    Trochę smutno robi się na końcu

  2. Radek · 19 listopada 2016 Odpowiedz

    Aby nie dopuścić do wykluczenia cyfrowego dofinansowałem moim nastoletnim synom zakup laptopów i smartfonów. Liczyłem na odpowiedzialność…
    I jak tu być miłosiernym ojcem?

Dodaj komentarz