Psalm Coltrane’a

Psalm Coltrane’a

Kiedy noc otula mnie swoim aksamitnym ciepłem, a pierwsze promienie księżyca wdzierają się przez uchylone okno, mam w zwyczaju obcować z Najwyższą Miłością i jednocześnie patrzę na wolno przesuwające się gwiazdy, które zaczynają swoją wędrówkę gdzieś w okolicy Nowego Orleanu, a kończą na Nowym Rembertowie.

Wspominam swój pierwszy kontakt z jazzem i przed oczami widzę Milesa Davisa i jego Kind of Blue. W tamtym czasie byłem jednak niedojrzały i muzycznie nieukształtowany co wpłynęło na odbiór albumu – po prostu usnąłem. Tak więc jazz przyszedł i odszedł jak nic nieznaczący kurz. Strzepnąłem go tylko z siebie.

Minęło pięć lat – i dojrzałem. Ornette Coleman, Thelonious Monk, Wayne Shorter, Louis Armstrong, Mats Gustafsson, Fire! Orchestra, Charles Mingus, Eric Dolphy, Peter Brötzmann, wszyscy oni spadli na mnie jak lawina. Przygnietli, przenicowali i wywrócili do góry nogami cały mój świat. Utknąłem pod zwałami dźwięku. Aż w końcu przyszedł on – John Coltrane – i uniósł mnie nad niebiosa.

Historia Coltrane’a do łatwych nie należy. Mimo iż Ascension wyszło dopiero w 1966 roku, to o wiele wcześniej Coltrane żył w pełni nocy ciemnej; nałogu heroinowym, otępieniu, stagnacji, poszukiwaniach awangardy i napięciu w zespołach (z których też był wyrzucany). Anioł spadł z nieba. W tym stanie trwał przez 8 lat.

Rok 1957. Grota pokoju.

W ciągu trzech dni samotności słyszał brzęczenie dobiegające z oddali, a był to najpiękniejszy dźwięk jaki mógł sobie tylko wyobrazić. Przez resztę swojego życia starał się odtworzyć ten dźwięk, ale nigdy mu się to nie udało. John doświadczył duchowego przebudzenia. Poczuł, że Bóg go dotknął i powiedział, że dzięki jego muzyce ludzie będą uskrzydleni.

I niczym Król Dawid, także i Coltrane zwerbalizował swoją miłość w postaci psalmu. Był wolny i czysty od nałogu.

Zdjęcie: Jazz Hoeilaart (CC BY 2.0) Geert Schneider

Dodaj komentarz