Ks. Bartłomiej Kopeć

Rzecz o przycinaniu czereśni

– Zupełnie nie wiem, co mam robić! – bulwersował się Paweł, dając upust emocjom poprzez ożywione gestykulowanie rękami. Jego nerwowe chodzenie w te i z powrotem silnie kontrastowało ze spokojem otaczających go drzew. Sad zdawał się być obojętny na uniesienia młodzieńca. On jednak niezrażony tym, kontynuował. – Poza normalnymi studiami zapisałem się dodatkowo na język japoński, dwa razy w tygodniu chodzimy z Kaśką na taniec, w środy trenuję szermierkę a w piątki chodzę na spotkania wspólnoty. – Młody aktywista kontynuował swój nerwowy pochód. W czasie krótkiej przerwy między zdaniami, dało się słyszeć ciche szczęknięcie żelaza, a zaraz potem trzask obcinanej gałęzi, która następnie, czepiając się położonych niżej konarów, spadła na ziemię.

– W niemal każdą sobotę chodzimy z innymi wolontariuszami do bezdomnych z dworca z kanapkami; parę razy nawet byliśmy w domu dziecka. Nie brakuje mi też znajomych i przyjaciół. Przynajmniej kilka razy w tygodniu spotykamy się na jakiejś pizzy, filmie albo imprezie. – Kolejne ciche szczęknięcie, lecz tym razem nieduża gałąź zawisła na wysokości głowy Pawła. Podszedł więc i jednym szarpnięciem ściągnął ją na ziemię. – Niby wszystko jest ok. Ale ja czuję, że coś nie gra. Nie mogę odnaleźć w tym wszystkim siebie! Już nawet próbowałem znaleźć sobie jakieś hobby! Przez miesiąc chodziłem na jazdę konną, potem, przez kilka kolejnych tygodni z Piotrkiem na basen. Dałem się nawet namówić na lekcje gitary! Chociaż z moimi zdolnościami muzycznymi nie był to najlepszy pomysł…

Liście zaszeleściły gwałtownie, zbudzone z letargu nagłym poruszeniem gałęzi, pomimo braku nawet najlżejszego powiewu wiatru. Po chwili, na przystawionej do drzewa drabinie ukazała się para starych sandałów, a za nią brązowy, znoszony habit. Zakonnik schodził ostrożnie, świadomy swoich lat. W jednym ręku ściskał ogrodowe nożyce.

– Naprawdę już nie wiem, co mam robić! – Mina, z jaką Paweł patrzył na zakonnika, była wręcz błaganiem o pomoc. – Tyle robię, tak bardzo się udzielam, staram się modlić, a pustka wewnątrz mnie nie tylko nie znika, ale, mam wrażenie, staje się coraz większa. Niech mi ojciec pomoże!…

Twarz zakonnika, okolona siwą brodą, promieniowała spokojem. Ze wszystkich zmarszczek na leciwej już twarzy najwyraźniejsze były te w kącikach błękitnych oczu, rozchodzące się na boki niczym promienie – niezbity dowód częstego uśmiechu, który prawie nie znikał z oblicza ojca Grzegorza. Może właśnie dlatego ludzie tak bardzo lubili przychodzić do niego po radę i pokrzepienie…

– Każdej wiosny przychodzę tu i podcinam gałęzie tych drzew. – Zakonnik przeniósł wzrok z młodzieńca na czereśniowe drzewo. Następnie dotknął jego konara, z przyjacielską wręcz czułością. – Wiesz czemu?

– Nie. – Paweł wzruszył ramionami.

– Gdy drzewo owocowe rozrasta się za bardzo, dziczeje. Nie ma siły dostarczać odpowiedniej ilości soków do wszystkich gałęzi, więc rodzi owoce coraz mniejsze i coraz bardziej gorzkie. – Ojciec gładził delikatnie korę. – Obcinając elementy słabe, lub za bardzo oddalone od pnia, wzmacniasz pozostałe i sprawiasz, że roślina odżywa. Może rodzić owoce duże i smaczne. A przecież taki jest właśnie cel jej istnienia. – Teraz zakonnik przeniósł błękitne spojrzenie na młodzieńca a jego powieki zwęziły się w zawadiackim uśmiechu. – Może i ty powinieneś spróbować tego samego?…

 

mojemu tacie

za wszystko, czego mnie nauczył

Zdjęcie: Fruit (CC BY-ND 2.0) Kevin Tao

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.