Sekret Piękna

Sekret Piękna

W pewnej krainie żył sobie książę. I jak to zazwyczaj bywa z przedstawicielami jego gatunku, niczego mu w życiu nie brakowało. Miał pod dostatkiem pieniędzy, a dnie spędzał na hucznych zabawach w licznym gronie pochlebców, których, w przypływie zakrapianej sporą ilością wina euforii, pozwalał sobie nazywać przyjaciółmi.

W całej tej sielankowej atmosferze był jednak mały haczyk, no bo czymże bez niego byłaby bajka?… Książę był bardzo brzydki. I to w takim stopniu, że nawet jego fortuna i wywindowana pozycja społeczna nie pomagały w znalezieniu kandydatki na żonę. A surowe spojrzenia ojca oraz wygłaszane przy każdej okazji aluzje podstarzałych ciotek, jednoznacznie wskazywały, że najwyższy już czas się ustatkować.

Pewnego dnia podczas jednego z typowych spotkań towarzysko rozrywkowych, nasz niewyględny protagonista usłyszał o trzech czarownicach, które zamieszkują pobliski las. Ich wiedza i magiczne umiejętności miały być często wykorzystywane przez okolicznych mieszkańców, zarówno tych prostych, jak i znakomitszego pochodzenia. Książę od razu wypatrzył szansę dla siebie i wypytawszy dokładnie o miejsce zamieszkania czarownic, postanowił niezwłocznie wybrać się do nich ze swoim problemem.

Następnego dnia z samego rana zapakował sporą sakiewkę złotych monet, osiodłał konia i wyruszył na spotkanie pierwszej czarownicy.

Jej chałupa znajdowała się dość niedaleko linii lasu, toteż już po dwóch godzinach podróży książę dotarł na miejsce. Widok rozpadającej się, porośniętej mchem chaty oraz ogólna mroczna atmosfera miejsca na chwilę zachwiały pewnością siebie młodzieńca. Jednak po kilku głębokich oddechach, zsiadł z wierzchowca i na lekko drżących nogach ruszył w stronę budynku. Zanim jeszcze zdążył podejść do drzwi, te otworzyły się na oścież, a w progu stanęła tęgawa, przygarbiona staruszka. Książę już na pierwszy rzut oka zauważył, że spełniała wszystkie kryteria czarownicy – rzadkie przetłuszczone włosy, stary, brudny łach imitujący sukienkę i szczerbaty uśmiech. „Tak” – pomyślał chłopak – „wypisz, wymaluj czarownica”.

– Witaj dostojny władco. – Nawet chrapliwy niczym stare zawiasy głos odpowiadał w pełni wyobrażeniom księcia. – Co cię sprowadza w moje skromne progi? – zapytała wiedźma, chociaż przenikliwe spojrzenie jej rozbawionych oczu zdawało się sugerować, że dobrze zna odpowiedź.

Następca tronu wziął jeszcze jeden głęboki wdech, po czym rzekł – Potrzebuję twojej pomocy. – I aby wzmocnić swoją wypowiedź w najlepszy znany sobie sposób szybko dodał – Dobrze zapłacę. – Jego ręka odruchowo powędrowała do przypiętej do pasa sakiewki.

– W takim razie zapraszam. – Staruszka wykonała szeroki gest w stronę wnętrza chałupy, jednocześnie robiąc przejście gościowi. Jej świdrujący wzrok nieprzerwanie badał przybysza, kiedy ten mijał ją przechodząc przez próg.

Wnętrze także wydawało się być żywcem wyjęte z dziecięcych bajek: półmrok, porozwieszane wszędzie wiązanki ziół, jakiś rozpadający się regał z dziwnymi przedmiotami niewiadomego pochodzenia ani celu, oraz wszechogarniający smród stęchlizny. Kątem oka udało się księciu nawet wyłapać czmychającego gdzieś czarnego kota.

– Bardzo tu… gustownie – stwierdził. Odpowiedział mu nieprzyjemny skrzek. Młodzian aż się wzdrygnął. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że był to śmiech staruszki.

Wiedźma kuśtykając powoli, okrążyła gościa i usiadła w wyłożonym szmatami fotelu. Jej rozbawiony wzrok cały czas nieprzyjemnie kłuł przybysza. Książę postanowił, że nie ma zamiaru pozostawać tu dłużej, niż to będzie konieczne i od razu przeszedł do konkretów:

– Chcę, abyś pomogła mi stać się przystojnym.

Twarz staruszki nie zmieniła się ani trochę. Szybko więc dodał:

– Dobrze zapłacę.

– Taaaak… – odpowiedziała przeciągle czarownica. – Myślę, że znam rozwiązanie twojego problemu, czcigodny książę.

Serce gościa zabiło mocniej z nadzieją. Bezwiednie napiął wszystkie mięśnie i z natężeniem wpatrywał się w potencjalną wybawczynię. Ta jednak nie kwapiła się z odpowiedzią. Trwali więc tak w niewygodnej ciszy. Młodzieniec powoli zaczynał tracić cierpliwość. Chrząknął sugestywnie, raz i drugi, ale nie przyniosło to spodziewanego efektu. Wiedźma cały czas wpatrywała się w niego w milczeniu, a szczerbaty uśmiech nie znikał z jej pooranej bruzdami twarzy. Sytuacja stawała się krępująca, a czas pobytu w zatęchłej chacie wydłużał się nieprzyjemnie.

– No więc?! – Nie wytrzymał książę – Pomożesz mi, czy nie?!

Staruszka zaskrzeczała w kolejnej salwie śmiechu:

– Tak, tak. Znam lekarstwo na twoje problemy, o dostojny.

– No to słucham. – Gość zrobił krok do przodu zniecierpliwiony.

– Musisz udać się do Źródła Betriny.

– Źródła Betriny?

– Tak. Źródła Betriny.

– A gdzie to niby jest?

– Musisz przebyć Krwawą Puszczę.

– Tę, do której nikt się nie zapuszcza, bo podobno grasują po niej demony? – spytał niepewnie młodzieniec.

– Właśnie tę! – Odpowiedź była stanowcza. – Po niej dotrzesz do Dzikich Bagien…

– Zamieszkałych przez dzikusów, którzy nienawiść do obcych wysysają chyba z mlekiem matki… – Twarz księcia stawała się coraz bledsza, kiedy przypominał sobie wszystkie krążące o tych krainach historie i opowieści. Nawet jeśli połowa z nich była zmyślona, to pozostała część wystarczyła, by największego nawet śmiałka przyprawić o drżenie kolan.

– Ale to nie koniec – kontynuowała wiedźma.

– No pewnie, że nie. – Chłopak był bliski załamania.

– Za bagnami rozpościerają się Góry Szare…

– Których nikt nigdy nie zbadał i dlatego nie ma map! Ale słyszałem, że sięgają samego nieba!! – Ramiona księcia opadły już prawie do samej ziemi. Czuł, jakby na barkach spoczywał mu wielki głaz.

– Możesz w końcu przestać mi przerywać! – oburzyła się czarownica. Paskudny uśmiech wreszcie znikł z jej twarzy, jednak zastąpił go jeszcze mniej przyjemny grymas poirytowania. – Są mapy, tylko mało kto je posiada. Przecież nie puszczę cię tam w ciemno, bo byś zabłądził już na pierwszym rozwidleniu Krwawej Puszczy.

– Mimo to, jakoś mało to pocieszające – mruknął gość pod nosem. Wiedźma jednak tego nie dosłyszała, więc kontynuowała wywód:

– I tam na szczycie jednego z grzbietów, znajdziesz Źródło Betriny. Gdy się w nim wykąpiesz, daję ci słowo, że staniesz się najurodziwszym kawalerem w królestwie i nie będziesz mógł się wręcz opędzić od rozkochanych panien!

Ostatnie zdanie na chwilę rozpaliło serce księcia. Jednak jego myśli szybko wróciły do tego wszystkiego, co drastycznie oddzielało go od tych rozkochanych panien. „Puszcza, bagna, góry” – myślał załamany. – „Przecież to jakiś koszmar!”

Nagle w głowie zaświeciła mu iskierka nadziei.

– Wiesz, muszę się jeszcze nad tym zastanowić. – wypalił szybko i bełgocząc nieskładnie jakieś słowa pożegnania, obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z chałupy. Przecież zostały mu jeszcze dwie czarownice! One na pewno znajdą jakiś łatwiejszy sposób, aby stać się przystojnym.

Miejsce zamieszkania kolejnej z nich również nie było trudne do znalezienia. Drogę do niego znaczyły wymalowane na drzewach i skałach liczne magiczne symbole, oraz porozwieszane na gałęziach kościane talizmany. Ich natężenie zwiększało się w miarę zbliżania do celu. Gdy nasz wędrowiec dotarł do końca ścieżki, stanął przed porośniętą mchem skalną ścianą. Dało się w niej dostrzec niewielki, zastawiony nieszczelnie ostrokołem otwór, który najprawdopodobniej prowadził do mieszkania drugiej czarownicy. Jednak książę nie miał okazji tego sprawdzić, bo gdy tylko zsiadł z wierzchowca, poruszyła się niewysoka sterta szmat, znajdująca się na środku polanki i wyjrzała z niej zasuszona twarz drugiej wiedźmy.

– A więc poszukujesz sekretu piękna? – przeszła od razu do rzeczy.

– Tttak – zająknął się książę, zaskoczony. – Ssskąd wiesz?

– He! – prychnęła pogardliwie wiedźma. – W końcu jestem czarownicą, czyż nie?

Po czym kupka szmat poruszyła się ponownie i wychyliła się z niej chuda, kostropata ręka.

– Oto rozwiązanie twoich problemów. – Teraz książę zauważył, że szponiasta dłoń ściskała niewielką czarną fiolkę. Jego serce ponownie załomotało w piersi, ożywione nadzieją sukcesu wyprawy.

– Czy… – Głos drżał mu z podniecenia. – Czy to eliksir piękna? – Jego oczy, wielkie niczym królewskie dukaty, wpatrywały się w upragniony przedmiot.

– Tak. – Głos dobiegający spod szmat był spokojny. – Ale muszę cię ostrzec. Magiczna kuracja trwa okrągły rok.

– Oczywiście – przytaknął książę, chociaż poczuł lekkie uczucie zawodu. Nie da się ukryć, że spodziewał się natychmiastowych efektów.

– Trzy razy dziennie będziesz musiał zażywał po jednej kropli mikstury. – kontynuowała wiedźma. – Nie wolno ci zapomnieć, ani razu!

– Oczywiście! – Książę nie spuszczał wzroku z buteleczki, jednak jego myśli krążyły wokół nowego ciężkiego obowiązku. „Trzeba będzie zmienić dotychczasowy tryb życia, zacząć się pilnować” – myślał ze smutkiem.

– A za każdym razem – ciągnął dalej głos spod szmat – moc eliksiru będzie napełniała twoje wnętrzności ogniem, pogrążając cię w porażającym bólu.

– Oczyw… co proszę?!?! – Książę otrząsnął się z zamyślenia i przeniósł wzrok na mały otwór pomiędzy szmatami, gdzie majaczyła twarz czarownicy.

– Będzie napełniała twoje wnętrzności ogniem, pogrążając…

– Słyszałem, co powiedziałaś! – przerwał jej stanowczo książę – Tylko po prostu nie mogę uwierzyć własnym uszom! Jaki ogień? Jaki znowu ból?!

– Porażający – wyjaśniła niewzruszenie czarownica.

– I to przez cały rok!? – Młodzieniec rozłożył szeroko ręce w geście niedowierzania.

– Trzy razy dziennie – ze stoickim spokojem wyjaśniła kobieta, a czubek szmacianej sterty poruszył się na potwierdzenie w górę i w dół w geście przytaknięcia.

– Ty chyba oszalałaś?! – Wybuchnął książę. – Nie wezmę tego do ust!!

Po czym, nie racząc nawet się pożegnać, wskoczył na konia i pogalopował w kierunku ostatniej lokalizacji.

W czasie drogi czarne chmury kłębiły mu się nad głową, a usta nie zamykały od przekleństw na głupotę czarownic. Zamilkł dopiero, gdy zajechał przed dom ostatniej z wiedźm. Nie przypominał on niczym poprzednich miejsc. Chałupa nie była duża, ale wykonana solidnie z pięknie ociosanych bali, dach pokryty świeżą słomą, a zza równych sztachet płotu na lewo od wejścia wyglądały różnorakie kwiaty, zioła i warzywa. Także oparta o futrynę gospodyni odbiegała wyglądem od poprzedniczek – nie brzydka kobieta około czterdziestki, ubrana w skromną, ale zadbaną sukienkę z białym fartuszkiem, bardziej przypominała miejską sklepikarkę niż czarownicę. Tylko jej oczy, czarne jak węgle i przenikliwe niczym wojskowe włócznie, zdradzały niezwykłą profesję właścicielki.

– Zapraszam do środka drogi książę. Myślę, że mam rozwiązanie na twoje problemy.

Po krótkim oswojeniu się z nową sytuacją, wędrowiec spojrzał stanowczo w twarz kobiety:

– Tylko żadnych wypraw na koniec świata, ani trujących eliksirów! – ostrzegł butnie.

Czarownica uśmiechnęła się serdecznie. Znała dobrze ten typ. – Oczywiście, najjaśniejszy panie. – I zaprosiła przybysza do środka.

Po dniu ciężkich przejść, teraz, w miło urządzonym wnętrzu i przy kubku ziołowej herbaty, książę poczuł się, jakby kamień wreszcie spadł mu z ramion. Zachęcony namowami i życzliwymi uśmiechami gospodyni, z przejęciem opowiedział jej, o swoich trudach i o podłości dwóch czarownic. Kobieta okazała się dobrą słuchaczką. Nie przerywała. Kiwała tylko głową i wzdychała przejęta w odpowiednich momentach.

– Ale ty pani, wydajesz się być zupełnie inna – zakończył swą opowieść książę. – Nawet twój dom wygląda o niebo lepiej od tamtych pożałowania godnych nor!

– No cóż – uśmiechnęła się niewinnie czarownica. – Widać mój interes kręci się lepiej.

– A dlaczegóż to? – zaciekawił się gość.

– No cóż. Widzisz dostojny panie… Podczas gdy tamte czarownice dają ludziom to, czego potrzebują, ja daję im to, czego chcą. – Ponownie szeroki uśmiech rozpromienił rumiane oblicze gospodyni.

Książę zmarszczył brwi, próbując zrozumieć sens usłyszanych słów. Jednak rozmówczyni przerwała jego zadumę wyciągając do przodu dłoń z małym rulonikiem przewiązanym jedwabną wstążeczką:

– Oto drogi książę rozwiązanie twoich problemów. – Oczy młodzieńca utkwiły w kawałku papieru, a serce po raz trzeci tego dnia wypełniła nadzieja. Jednak, nauczona przykrymi doświadczeniami minionych godzin, szybko uleciała, wyparta przez nieufność. Chłopak podejrzliwie spojrzał na czarownicę. Ta uśmiechnęła się przechylając zadziornie głowę na prawą stronę:

– Nie bój się, nie będzie żadnych potyczek z krwiożerczymi dzikusami ani mąk cielesnych. Na zwoju jest zaklęcie. Musisz nauczyć się go na pamięć.

– I gdy je wypowiem, stanę się przystojny? – zapytał, wciąż powątpiewając książę.

– No cóż… – rzekła powoli kobieta – Niezupełnie. Jednak każdy, przy kim je wypowiesz, stanie się brzydki.

– To przecież absurd! – oburzył się młodzieniec i zerwał z miejsca jak poparzony. – Nie po to tu przyjechałem!! – I już zbierał się do wyjścia, gdy zatrzymały go, spokojne słowa gospodyni:

– A niby dlaczego absurd? – Czarne węgle jej oczu świdrowały księcia spod zmrużonych powiek. – Pomyśl chwilę o dostojny książę. Uroda to rzecz względna. Jednych ludzi uważa się za brzydkich tylko dlatego, że inni są od nich ładniejsi. To kwestia kontrastu. – Głos kobiety był spokojny ale stanowczy. Głęboko wnikał do umysłu zdesperowanego młodzieńca. – Wcale więc nie musisz pokonywać odległych niebezpiecznych krain, albo pić okropnych trucizn, aby stać się pięknym. Wystarczy po prostu, że wszyscy inni staną się… – zawiesiła na chwilę głos – …tacy jak ty. A to, w porównaniu z wcześniejszymi ofertami, wcale wiele nie kosztuje. – Przeniosła wzrok na pękatą sakiewkę przy książęcym pasku.

I trwali tak oboje przez dłuższą chwilę. Ona pogodna i opanowana, on rozdarty wewnętrznie i roztrzęsiony. A pomiędzy nimi zawisła milcząca decyzja, którą jedno z nich musiało podjąć…

Zdjęcie (modyfikowane/cropped) V&R (CC BY 2.0) Mario Mancuso

komentarze 3

  1. Radek · 17 marca 2016 Odpowiedz

    Chapeau bas!

  2. Marek · 17 marca 2016 Odpowiedz

    Najlepsza!

  3. Adam · 18 marca 2016 Odpowiedz

    Świetnie się czyta 🙂

Dodaj komentarz