Kamil Karzyński

Smak ciszy

Cisza ma smak śniegu. Pachnie siarczystym mrozem. Jest ciepła i miękka w dotyku. Jej barwą jest biel. Rozciąga się poza horyzont, a jej szerokość nie ma końca. Nie określisz gdzie jest góra, gdzie dół. Gdy do niej podejdziesz, to ona zniknie schowana za ścianą hałasu. Cisza po prostu jest.

Pewnego dnia udałem się na wyprawę, by znaleźć i okiełznać ciszę. Spakowałem ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy: buty, które pochłaniają dźwięk, hełm antysapiący, spodnie antyszelesty i ultracichy ortalion. Mapę z ostatnią lokalizacją ciszy i detektor dźwięku – dzięki niemu wiem gdzie nie iść. Dodatkowo prowiant: rozmoczony chleb i wodę w szczelnie-cichym pojemniku. I oczywiście najważniejsza rzecz: lasso utkane z włosów tych-którzy-milczą, albo po prostu z bród braci ze wspólnoty monastycznej.

Wyruszyłem pod osłoną nocy w prawie-ciszy, bo jednak moje myśli gnały jak szalone i nie mogłem się uspokoić. Dawno nie byłem tak bardzo podekscytowany. Pora na wielką przygodę!
Rozpocząłem konsekwentne i sumienne poszukiwania. Pierwszym miejscem było Morze Czerwone po tym jak pochłonęło wojsko faraona, a Izraelici poszli dalej w kierunku Kanaan. Ciszy tam nie było. Zagłębiłem się we wnętrzności dag gadol (wielkiej ryby), ale sapanie i modlitwa Jonasza uniemożliwiły mi złapanie ciszy. Towarzyszyłem statkom Tarszisz na bezkresnym oceanie, ale poważnie się rozchorowałem i cały czas przeleżałem „w ciszy” zakłócanej jedynie chorobą morską współtowarzyszy. Stałem przed Świątynią Jerozolimską tuż po wysiedleniu Izraelitów wgłąb Babilonii. Ale to nie była ta cisza, której szukałem. Nawet z Jobem leżałem na kupie gnoju – i dalej nic. Zdobyłem ośnieżony szczyt Hermonu! Już lasso zarzuciłem, ale uciekła mi z przed nosa. Z Eliaszem w grocie tkwiłem, ale nagle przyszło trzęsienie ziemi i wielki ogień. Uciekłem w przerażeniu…

Tułałem się po świecie wzdłuż i wszerz. Zwiedziłem każdy jego zakątek i zawsze gdy wydawało mi się, że zaraz okiełznam ciszę okazywało się, że tylko ją płoszę. Zdegustowany, rozgoryczony i zawiedziony wróciłem do domu. Wszystkie swoje łachmany wyrzuciłem precz, przedarłem mapę i zniszczyłem urządzenie wraz z lasso. Poszedłem spać. Gdy rano się obudziłem to zauważyłem ciszę siedzącą przy mojej głowie. wyglądała jakby tam była od zawsze. Dopiero wtedy zrozumiałem, że przez całą wyprawę ona była ze mną, tylko nie patrzyłem tam gdzie potrzeba. Pochyliłem głowę i zrozumiałem, że cisza jest we mnie i towarzyszy mi na każdym kroku.

* * *

Powyższa krótka historia jest zapisem tego co przeżyłem na pięciodniowych ignacjańskich rekolekcjach w Częstochowie. Wtedy odczułem czym jest cisza i mogłem ją dogłębnie poznać. To może wydać się truizmem, ale cisza tkwi w człowieku i tylko czeka, aby jej doświadczyć. Co ważniejsze: w niej spotyka się Boga twarzą w twarz.

I ja Go spotkałem.

Zdjęcie: Cold silence (CC BY 2.0) Zoltán Vörös

2 komentarze

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.