Spotkanie

Spotkanie

Jest fascynujące! To niesamowite, jak wiele się wtedy dzieje. Wszechświat spotyka się ze wszechświatem. Wieczność dotyka wieczności. A to wszystko w ramach czegoś, co otrzymało tak niepozorną nazwę – spotkanie.

Wstaję rano, myję się, jem śniadanie – słowem: krzątam się po domu. I tu, gdzieś w mało ważnej chwili i bliżej nie sprecyzowanym miejscu, pojawia się po raz pierwszy. SPOTYKAM moich domowników: mamę, tatę i brata. Łączy nas coś więcej niż wspólne mieszkanie. Jesteśmy rodziną. Krew z krwi. Małżonkowie – oblubieniec i oblubienica – oraz owoce ich pięknej miłości.

Potem wychodzę z domu. Na ulicy mijam kolejnych ludzi – nie bezimiennych przechodniów. SPOTYKAM osoby z niewyobrażalnie wielkim bagażem doświadczeń, z niezwykle głęboką osobowością i nieprzebranym skarbcem myśli. A nie mieszkam przecież na osiedlu geniuszy. Z pozoru są to prości ludzie, ale ich skrywane, tajemnicze wnętrze… aż brakuje słów na to, jak każdy z nich jest drogocenny.

Wsiadam do pociągu. Jest tłoczno. Przez jakieś 40 minut jestem świadkiem… nie, więcej niż świadkiem. Jestem uczestnikiem kawałka czyjegoś życia. Widzę jak ktoś śpi – ciekawe, jakie ma marzenia senne. Ktoś inny zawzięcie czyta jakiś tekst na laptopie – pewnie przygotowuje się do pracy. A może po prostu pochłania artykuł dotyczący nowego sposobu łowienia szczupaka – jest to przecież jego ukochane hobby. SPOTYKAM kogoś wyjątkowego, unikalnego, czyli niepowtarzalnego.

Jestem na uczelni. Tych tutaj znam już o wiele lepiej. W jakiejś części znam ich cele i pragnienia. Przywykliśmy już przecież do naszego SPOTYKANIA SIĘ. Nawzajem kształtujemy swoją przyszłość – pomagamy sobie, lub przeszkadzamy. A jednak jest w tym jakaś tajemnica. Co się z nimi stanie później? Mimo powierzchownej znajomości pozostaje to zagadką, bo przed nami szeroki horyzont rozwoju. Kto, gdzie pójdzie?

Koniec zajęć. Jestem zmęczony – jak każdy o tej porze. Ale to jeszcze nie koniec. Czeka mnie spotkanie z przyjacielem. SPOTKANIE z przyjacielem! Jak wspaniale jest cieszyć się głębią jego istnienia. Znamy się bardzo dobrze. Mamy wiele wspólnych wspomnień i marzeń. Spotykaliśmy się nie raz, spotykam go wciąż.

Co jest w tym niesamowitego? Albo inaczej: czym jest ta niesamowitość? Na czym polega fenomen spotkania? Że człowiek spotyka człowieka. Wszechświat spotyka się ze wszechświatem. Wieczność dotyka wieczności.

Abyssus, abyssum invocat.

Zdjęcie: Spectators (CC BY-NC-ND 2.0) Emanuele Toscano

komentarzy 13

  1. Radek · 27 grudnia 2015 Odpowiedz

    Jako lekarz na swojej drodze życia spotykam ludzi żyjących w konkubinacie, cudzołożników, osoby znęcające się fizycznie i psychicznie nad członkiem rodziny, kobiety w ciąży po in vitro, kobiety po receptę na antykoncepcje hormonalną, tabletkę „dzień po”, byłych księży, byłych esbeków z krwią na rękach, alkoholików, nałogowych palaczy i żarłoków, nie wspomnę już przestępców wszelkiej maści, jakich leczę w zakładzie karnym. Dlatego nie podzielam zachwytu Autora z każdego spotkania, ale… ja nikogo nie potępiam (z ironią!)

  2. Marek Borkowski · 28 grudnia 2015 Odpowiedz

    Drogi Radku!
    Bardzo dziękuje za Twój komentarz, jest on bowiem pięknym podsumowanie wszystkich komentarzy jakie do tej pory zamieściłeś pod Tamaryszkiem.
    To co napisałeś o swoim patrzeniu na ludzi których spotykasz w pracy przebija przez wszystkie słowa które tu piszesz. Wiem o Tobie tylko tyle ile Ty pozostawisz po sobie na tym forum i w moich oczach rysujesz się jako człowiek zgorzkniały. Jeżeli masz zamiar nadal w taki sposób komentować wpisy blogerów, to lepiej już tego nie rób. Mimo że często odwołujesz się do ojca Blachnickiego to twoje słowa trąca fałszem.

    Pozdrawiam Cię i modlę się za Ciebie, bo tylko to mi pozostaje.
    Tylko Lekarz który patrzy na mnie i Ciebie z miłością może nam pomóc…
    Maryja!

    • Radek · 29 grudnia 2015 Odpowiedz

      Drogi Marku!
      Szkoda, że się nie znamy osobiście, bo wtedy nasza wzajemna ocena byłaby inna. Szkoda, że moje wypowiedzi są nierozumiane, bo chcę się z Wami dzielić moim wieloletnim doświadczeniem życia w oazie i w świecie. To, o czym piszecie na tym blogu zupełnie nie interesuje grzeszników, jakich spotykam, dlatego w moich wypowiedziach jest lekka drwina, a nie fałsz. Jako uczniowie Pana mamy iść na ulice, a nie spijać sobie z dziubków w sterylnych wspólnotach. A siadając przy stole z jakimś typkiem spod ciemniej gwiazdy możemy się zbrukać i tym niecnym postępkiem zalegalizować grzech bliźniego. Właśnie w takim faryzejskim myśleniu utwierdzałem się przez wiele lat w oazie, która nie korzysta z bogactwa duchowego ks. Blachnickiego.( Wyprowadź mnie z błędu i wymień przeczytane książki z tekstami Ojca.) Po swoim „nawróceniu” inaczej patrzę na grzeszników – z perspektywy takiego samego grzesznika, który jednak wie, w Kim jest zbawienie. Dlatego smucą mnie te spotkania, bo nie zawsze mam odwagę głosić wprost Jezusa, a jak już się zdobędę, to serce jest zamknięte. Może dlatego, że jeszcze za mało we mnie pokory, a resztki poczucia wyższości („ja przecież nikogo nie potępiam”) oślepiają fałszywym światłem troski o moich bliźnich…
      Tak więc Marku, nie módl się za mnie (można się źle modlić!), a poczytaj Blachnickiego. Może wtedy się lepiej zrozumiemy…

      • Adam Dziedzic · 29 grudnia 2015 Odpowiedz

        Radku, nie znam ani jednego człowieka zgodnego z przyjętymi przez Ciebie założeniami. Przykro mi, że masz takie doświadczenie oazy. Myślę jednak, że żadne doświadczenie nie usprawiedliwia tak krzywdzących nas ocen, jak Twoje.

        Co do spotkań – nie jesteś jedyną osobą na świecie, która spotyka się z trudnymi sytuacjami. Co więcej, jest to doświadczenie bardzo wielu osób, również w oazie. Co absolutnie nie przekreśla wyjątkowości spotkanego człowieka – nawet jeśli jest „esbekiem z krwią na rękach”. Takie jest moje zdanie.

        • Radek · 29 grudnia 2015 Odpowiedz

          Adamie, nie wiem o jakie „moje założenia” Ci chodzi. Moje doświadczenie oazy jest zasadniczo pozytywne – odkryłem wiarę w Jezusa, a nie w formułki, odkryłem powołanie… do małżeństwa, poznałem Żonę. Zaszczepione mi zostało ciągłe przynaglenie do misji: od własnej rodziny po krańce… Ruch, „iść, ciągle iść”. To właśnie zgubiła oaza, o parafiach nie wspomnę…
          A spotkanie z esbekiem jest wyjątkowe, ale bolesne, bo ja-wierzący, obrońca życia, mogę się niestety czegoś nauczyć od tego ateisty i mordercy. Wybaczcie mi, ale nie potrafię z radością całować rąk trędowatego jak św. Franciszek!

      • Marek Borkowski · 30 grudnia 2015 Odpowiedz

        Drogi Radku!
        Nie będę cytował żadnego z dzieł ojca Blachnickiego, a odwołam się do głównej zasady i celu istnienia Ruchu Światło-Życie jakim jest WYCHOWYWANIE DOJRZAŁYCH CHRZEŚCIJAN (NOWY CZŁOWIEK). I według mnie zamieszczane tu wpisy realizują ten cel. Na pewno nie realizując tego tak jak Ty byś tego chciał (widać to w każdym Twoim komentarzu).

        „To, o czym piszecie na tym blogu zupełnie nie interesuje grzeszników, jakich spotykam[…]”
        Zostaw autorom decyzje do kogo ma trafiać ich tekst. Bardzo śmiesznie wygląda z boku sytuacja w której poprawiasz jednego z blogerów o czym powinien pisać swoje teksy…

        Zgadzam się z Tobą co do tego, że niektóre wspólnoty kiszą się w nieświeżym sosie i umierają.
        Ale mogę Cię zapewnić, że ironia, drwina i dogryzanie innym tego nie zmieni.

        Bardzo mi przykro, że toczysz swój jad także na moja osobę… To właśnie w półsłówkach wychodzi fałsz twoich komentarzy. Sugerując jakoby moja modlitwa była zła albo, że jeszcze jestem za głupiutki i muszę wiele rzeczy doczytać w dziełach x.Blachnickiego.
        Czy potrafisz rozmawiać tylko z takimi którzy przeczytali określone książki księdza Franciszka?

        Zmykaj stąd!
        Akysz!

        Pozdrawiam 🙂
        Marek

  3. Radek · 30 grudnia 2015 Odpowiedz

    …podroczyć się nie można? Jak brat z bratem…

  4. Magda Szostakowska · 4 stycznia 2016 Odpowiedz

    Hola, hola Panowie!

    Nie podoba mi się taka forma dyskusji i jako jedna z autorek nie godzę się z nią. Rozumiem, że można się poczuć dotkniętym krytycznymi komentarzami pod wpisami, jednak przepędzać kogoś? To zbyt wiele…
    Podobnie jak stawianie się powyżej innych ze względu na wiek, doświadczenie i liczbę przeczytanych tekstów…
    Nie tak Panowie powinno się rozmawiać, bo jeśli pielęgnować taki sposób rozmowy to ani do grzeszników ani do świętych nie traficie.
    Ot co, ręka na zgodę i każdy do swojej roboty 🙂
    Ściskam Magda

    PS. Ja jestem gotowa, że ktoś negatywnie oceni moje wpisy, każdy z autorów też powinien być.

  5. Marek Borkowski · 5 stycznia 2016 Odpowiedz

    Yo!
    Stary człowiek wiecznie żywy!
    Jeżeli wyrządziłem Ci przykrość Radku to również przepraszam.
    Moim celem nie było Cię stąd wyganiać. („Akysz! Zmykaj stad!”)
    Fakt Magda, z boku wyglądało to źle.

    Chętnie dokończył bym naszą dyskusje za kulisami.
    Radku jeżeli masz ochotę to napisz do mnie: marek.yoka@gmail.com

    Wydaje mi się, że podczas tej dyskusji częściowo odkryłem o co Ci chodzi. 🙂
    Chciałbym poczytać więcej, ale już nie w komentarzach. Może i Ty zawitałbyś „pod Tamaryszek”, albo pod jakieś inne drzewo?
    Ale ja tu jestem tylko goście i godzę się na zasady jakie ustalają gospodarze, czyli Magda et consortes.

    Pozdrawiam was Magdo i Radku! 🙂
    Marek

  6. ks. Bartłomiej Kopeć · 6 stycznia 2016 Odpowiedz

    Właśnie między innymi za to uwielbiam kobiety! Ich wrażliwość i wyczucie potrafią załagodzić niemal każdy spór! Dzięki Magda! 🙂

  7. Magda Szostakowska · 29 stycznia 2016 Odpowiedz

    I love you, Panowie 🙂

Dodaj komentarz