Świetnie, lecz nieidealnie

Świetnie, lecz nieidealnie

Moimi ulubionymi okresami w literaturze są te, które nadeszły po Młodej Polsce. Dlaczego? Ucząc się do matury z polskiego nie trzeba było zaprzątać sobie głowy nowymi gatunkami.

Tyle było gatunków, ile wierszokletów. Od lat dwudziestych literackim samobójcą był ten, który pisał „normalnie” i tak samo starał się żyć. Kto nie był skandalistą musiał przynajmniej być geniuszem (jak Herbert), albo (jak Szymborska) namieszać sobie w życiorysie za młodu. Kto czuł się niezrozumiały, pił wódkę w pokoju o pięciu kątach (Wojaczek). Ktoś inny, poeta o dwutorowym życiorysie, pisał o mieście jak o kochance (Broniewski).  Inny mógł opisem cierpienia wywołać w czytelniku strach przed dwudziestym czwartym rokiem życia (Różewicz). Ostatni w tej wyliczance (Tuwim) stał mi się życiowo bliski, gdy tępiąc ludzką naiwność i walcząc swoim atramentowym orężem o świadomość, potrafił jednocześnie jak panienka unieść się dziecięcym gniewem i zawstydzić, gdy ktoś pobłądził wzrokiem wokół jego zeszpeconego policzka.

I tak moi poeci nie mają imion. Nawiasem mówiąc, każdy, kogo darzę szacunkiem musi się liczyć z tym, że czasem ominę jego imię. Więc, gdy Was to spotka, nie miejcie mi tego za złe. Moi poeci są traktowani w szkołach po macoszemu. Bo matura za pasem, bo na pewno tego na niej nie będzie, bo wszyscy oni są do siebie podobni. Że nie są udowodniłem mam nadzieję wyżej. Jest jednak taka poetka, której się w liceum nie omija. Małgorzata Hillar. Napisała jeden dobry wiersz. Nie jakiś wybitny, ale po prostu dobry. „My z drugiej połowy XX wieku” jest portretem człowieka postmodernistycznego. Niezwykle trafnym i bolesnym. Hillar za pomocą kilkunastu linijek opisała nas takimi, jakimi w gruncie rzeczy jesteśmy – samotnymi. W życiu, w działaniu, w przeżywaniu. Chcemy być królami życia i wychodzi mam to zawodowo za dnia. Gdy mija czas obowiązków i wieczornych eskapad ze znajomymi cukierkowo już nie jest. Gorzej, gdy takimi życiowymi samosiami jesteśmy nawet po zmyciu makijażu czy przebraniu się w dres.

Mam kilku takich znajomych – we wspólnocie, w pracy czy na studiach, którzy wszystko muszą mieć „sami i pod siebie”. Takich, którzy swój perfekcjonizm przenoszą na innych robiąc przy tym niezbyt potrzebny szum. Takich, co skontrolują swoje działania, a potem innych będą szyć według swojej miary. Chodzi to później nieszczęśliwe, bo gdzieś można było więcej, a tam lepiej. Sami chcą zrobić wszystko za innych. Sobie pomóc nie dadzą. Zawsze „ja sam, ja sobie poradzę”. Najgorzej, gdy to się łączy z „nie potrafię” powtarzanym z prędkością pepeszy, gdy wszyscy wiedzą, że potrafi. Jego czy jej „nie potrafię” oznacza, że zrobi to świetnie, lecz nieidealnie. A kto tego od nich wymaga? Tylko oni. Zresztą Ci, o których piszę i tak nie będą mieli czasu tego przeczytać – są zbyt zajęci sobą.

Powyższy opis dotyczy po trosze każdego z nas. Bez wyjątku. Każdy z nas czasem „musi sam”. I dobrze. Czasem po prostu trzeba. Gorzej, gdy tak będzie zawsze i pogubimy się w naszym, nazwałbym to, samoizmie. Wtedy jak moi znajomi, nawet w potrzebie, nie będziemy potrafili już prosić o najmniejszą pomoc, bo poradzimy sobie sami (gówno prawda!). Albo jak Wojaczek znajdziemy w swoim pokoju własny piąty kąt.

Zdjęcie Lake Baikal (CC BY-NC-SA 2.0) Fedor Stroganov

Dodaj komentarz