Bartek Pulcyn

Szkoła miłosierdzia

Czwartek, 8 rano, Krakowskie Przedmieście. To był moment. Na ulicę wybiegła jakaś kobieta. Kierowca autobusu zareagował bardzo gwałtownie, ale nie dość. Potrącił ją, choć na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Nieco gorzej z pasażerami. Młody chłopak stojący obok mnie przy drzwiach na skutek ostrego hamowania uderzył z dużą siłą głową w szklaną przegrodę, która z hukiem rozsypała się w tysiące drobnych kawałków.

Konsternacja trwała tylko przez moment. – Nic się nikomu nie stało? – zapytałem – A tobie? – zwróciłem się do mojego sąsiada obsypanego setkami szklanych odłamków. Miał niepewny wzrok. Był nadal w lekkim szoku. Dotknąłem dłonią  jego policzka, którym uderzył w szybę i zapytałem jeszcze raz…

To dynamiczne, choć w sumie mało istotne wydarzenie „siedziało” we mnie cały dzień. Sam nie wiedziałem dlaczego… ot zwyczajna historia, drobny wypadek. Zaskoczyła mnie zwłaszcza moja reakcja – w jednej sekundzie zostałem wyrwany ze wszystkich moich niecierpiących zwłoki spraw i natłoku myśli, by zaopiekować się kompletnie obcą osobą. Wystarczyła chwila, bym zaczął traktować tego chłopaka tak, jakby był… no właśnie… moim oazowym uczestnikiem. Oczywiście nie potrzeba było z mojej strony nic wielkiego poza prostą troską, wsparciem.

Teraz już wiem dlaczego czwartkowy poranek tak mnie poruszył. Drobny gest bezinteresownej troski stał się swoistym odbiciem wszystkich tych momentów w moim życiu, w których miałem okazję uczyć się bycia dla innych, bycia miłosiernym. Wiele z nich związanych było z moją animatorską posługą. Przez cały dzień przypominały mi się różne epizody z oazowego życia. I choć dotyczyły one różnych osób, różnych miejsc i sytuacji to posiadały wspólny mianownik – każdy z tych „przebłysków” miłosierdzia był w tamtej chwili dla mnie źródłem prawdziwej radości i spełnienia… Czwartkowego wieczoru kładłem się spać z poczuciem wielkiej wdzięczności za dar Ruchu Światło-Życie.

Ruchu, który może być prawdziwą szkołą miłosierdzia. Szkołą, której „nauka” zaowocuje z pewnością wszędzie tam, gdzie Pan pośle nas w przyszłości; w rodzinie, kapłaństwie, pracy, przyjaźni, dorosłości… To prawdziwy skarb, z którego warto zdać sobie sprawę, docenić i „wykorzystać” w pełni – podejmując służbę z otwartością na boże Światło i troską o Życie powierzonych nam ludzi.

I to nie dlatego, że „tak trzeba”, nie tylko po to byśmy umieli być pomocni dla innych, „użyteczni”, lecz byśmy mogli po prostu być szczęśliwi. Kilka godzin po napisaniu tego tekstu obejrzałem kolejny odcinek wielkopostnych rekolekcji ojca Szustaka, który był dla mnie ciekawym pogłębieniem i rozwinięciem moich czwartkowych spostrzeżeń… z resztą zobaczcie sami. Warto!

 

Zdjęcie: dreams of togetherness (CC BY 2.0) Sharon Rong

8 komentarzy

  1. To nie była szkoła miłosierdzia, a mistrzowsko zakamuflowana pycha. Sam na to chorowałem, dlatego jestem wyczulony na tym punkcie. Można ją pokonać tylko z Jezusem, skłaniając z Nim głowę na krzyżu…
    „To jest paradoks, że pragnienie bycia dobrym okazuje się największą przeszkodą do tego, aby naprawdę być dobrym – bo chcemy być dobrymi po to, żeby być z siebie zadowoleni, po to żeby móc „spocząć w sobie” z takim przyjemnym uczuciem: „no jednak udało mi się”, „jednak jestem dobry i osiągnąłem takie czy inne dobro”. A tymczasem przez to nasza pycha tylko się umacnia i ulegamy złudzeniom.” ks. Blachnicki

    1. Radku, muszę przyznać, że Twoje komentarze i oceny innych ludzi zawsze rzucają mi zupełnie nowe światło na wiele spraw 🙂

  2. Radku,
    Jako czytelnicy zawsze patrzymy na tekst przez pryzmat własnych doświadczeń i w tym sensie każdy z nas może wynieść trochę co innego. Jeśli jest to nauka o zakamuflowanej pysze – to trochę smutne i zgorzkniałe, choć być może dla niektórych prawdziwe. Osobiście kończę czytać tekst Bartka z wdzięcznością, za to, że Ruch Światło-Życie (Bóg i ludzie w nim), to miejsce, w którym faktycznie odebrałem solidną naukę troski i dbałości o drugiego człowieka na bardzo konkretne sposoby. To też odpowiedzialność, aby w tym nie ustawać. I jeśli ja sam dzięki temu wzrastam i mnie to kształtuje, to tym większa jest moja radość i wdzięczność. Dużo jest sytuacji, w których pewnie bym nie zareagował, pozostał obojętny lub coś zaniedbał, gdyby nie wcześniejsze doświadczenia Boga (w tym te w oazie).

    1. Owszem, przez pryzmat własnych doświadczeń, ale nie znaczy to, że piszemy o sobie. 🙂
      Może pozwolić innym na ich perspektywę, w ich momencie duchowym?

    2. Może pozwolić innym na ich perspektywę, to że piszemy przez pryzmat własnych doświadczeń, to nie znaczy, że piszemy o sobie. Pozwólmy sobie na poszerzanie punktów widzenia, a innym na inny „punkt wiary”. Czy „smutne i zgorzkniałe” było doświadczenie ks. Blachnickiego? Nie sądzę. 😉

  3. Zareagowalem, poniewaz zostalo poddane surowej ocenie konkretne doswiadczenie autora. Tak przynajmniej to odebralem (moze mylnie). Jak najbardziej pozwalam innym na wlasna perspektywe i cieszy mnie, ze jest ich mnogosc. Ale dla mnie pycha zawsze jest smutna i zgorzkniala, bo nie pochodzi od Boga. Co nie zmienia faktu, ze jest naszym udzialem, przytrafia sie nam nieustannie i trzeba z nia walczyc tak jak robil to ks. Blachnicki. Dobrego dnia 🙂

  4. Justyno, Radku,
    Chyba zrozumialem 🙂 „(…) przez pryzmat własnych doświadczeń, ale nie znaczy to, że piszemy o sobie” 🙂 – oczywiscie 🙂 To znaczy absolutnie nie twierdze, ze Radek jest, zgorzknialy lub pyszny 🙂 Nie znam Cie, a nawet gdybym znal to i tak nie mam do tego prawa. I tego samego domagam sie od innych. 🙂

  5. Ależ ja jestem zgorzkniały i pyszny! I wcale się z tym nie kryję. Pycha umiera trzy dni po śmierci, więc będzie mi towarzyszyć do końca mych dni. „Paradoks polega na tym, że grzech jest jedyną drogą do Jezusa” (bp Ryś) – gdybym o tym wiedział wcześniej, nie szedłbym drogą doskonalenie się, ale uniżenia. Stąd moje zgorzknienie – „Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem.” ( św. Augustyn)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.