Szymon Z Cyreny

Szymon Z Cyreny

Drogi Szymonie,

Uniżone pozdrowienia racz łaskawie przyjąć. Ilekroć przechodzę stacje drogi krzyżowej, przy tej z Tobą zatrzymuję się na dłużej. Z pewnością jest w niej więcej teologii i symboliki niż jestem w stanie przyjąć. Ale często – tak zwyczajnie po ludzku – dodaje mi otuchy i przywraca nadzieję w to, że krzyża nie nosi się samemu. Pozwól, że przejdę od razu do konkretów.

George powiedział, że jeden z jego najlepszych przyjaciół popełnił samobójstwo. Tak mówił. W kraju, w którym na powitanie ludzie używają pozdrowienia „Are you all right?”. Jeszcze w piątek jadł z nim obiad. Nie znam sprawy, nie chcę komentować. Nie wierzę, że George by zignorował, nie zatroszczył się, nie zaoferował pomocy. Jest jednym z ostatnich, których bym o to podejrzewał. Moje myśli idą raczej w innym kierunku.

Tacy ludzie są wśród nas. Którzy cierpią w cichej desperacji i nie poproszą o pomoc, choć tak bardzo jej potrzebują. Pod pokrywą z lodu i kamienia kryją się zranione dusze i krwawiące serca. W tym sensie ten problem dotyczy każdego. Nie można tego zignorować. Czuję w sobie ponaglenie, żeby jakoś zabezpieczyć siebie i bliskich mi ludzi, zawczasu wszcząć jakiś rodzaj profilaktyki.

Nie chodzi o to, żeby straszyć samobójstwami. Ale żeby być uważnym i nie zignorować żadnych symptomów tego, że mój kolega z pracy, sąsiad czy kuzynka przestaje sobie radzić. I zapewnić odpowiednio ciepłe i wrażliwe środowisko, aby czuł się wolny i zaproszony do tego by podzielić się swoim bólem. To jest mój obowiązek.

Często jednak nie dzielimy się tym bólem. Poczucie wstydu i winy czasem okazują się silniejsze. Albo wyjątkowości swojej sytuacji. To ostatnie chyba było mi najbliższe – pokusa myślenia, że okoliczności mojego życia są tak dziwne i pokręcone, że z pewnością nikt mnie nie zrozumie. Więc po co szukać? I skąd liczyć na pomoc? Beznadzieja, która pojawia się zanim jeszcze wszystkie potencjalne rozwiązania zostaną wypróbowane pachnie szatańskim podszeptem. Ale to są też choroby psychiczne z depresją włącznie.

Z drugiej strony też nie jest łatwo. Jak się w tym odnaleźć? Jak taktownie i z miłością dać znak, że jestem gotów pomóc? Szczególnie, gdy nie znam kogoś zbyt dobrze? Osobiście często powtarzam sformułowanie, że nie lubię się narzucać. Nie umiem wyczuć gdzie jest ta granica – ciężko mi nawet ująć to bardziej precyzyjnie! A może to „nie lubię się narzucać” to tylko jakiś przejaw pychy? Takiej, żeby przypadkiem nie wyszło, że mi zależy bardziej, a z drugiej strony jest tylko cisza. Albo lęk przed poczuciem odrzucenia? Wolę być raczej dyskretny i delikatny, ale czy to wystarcza? Czasem trzeba wytrwałości i mocnych sygnałów wsparcia, żeby ten zewnętrzny lód stopniał. Czasem trzeba też odwagi wyjścia z inicjatywą i interwencji.

Jeśli ja będę wciąż oporny lub zbyt ślepy: niech Twoja osoba będzie mi upomnieniem i ponagleniem. Żebym później nie nosił w sumieniu zaniedbań. Dodaj odwagi i czujności w roku Miłosierdzia. I w następnych latach także.

Stosowne ukłony i Bogu chwała,

Autor

Zdjęcie: Help (CC BY 2.0) Leo Hidalgo

1 Komentarz

  1. Radek · 16 marca 2016 Odpowiedz

    Czy można się narzucać z pomocą? Jak zwykle bezkompromisowa podpowiedź ks. Blachnickiego:
    „Człowiek zakłamany w swojej samo-świadomości, ulegający kłamstwu i posługujący się kłamstwem jest człowiekiem najbardziej pożałowania godnym i pomocy godnym. Utwierdzanie go w kłamstwie, pozostawianie go w złudzeniach, „oszczędzanie” go przez nie mówienie prawdy – wszystko to jest w istocie wyrządzaniem krzywdy drugiemu, natomiast wyzwalanie z kłamstwa jest prawdziwym i podstawowym dziełem miłosierdzia. Pod warunkiem oczywiście, że motywem zbliżania komuś prawdy i przekonywania go o prawdzie nie jest pragnienie zatryumfowania nad nim, zwyciężenia go, zawstydzenia i poniżenia, ale miłość, czyli pragnienie uwolnienia kogoś od zła, podniesienia go i wyzwolenia.”

Dodaj komentarz