Tempus fugit

Tempus fugit

– Czekałem wiele lat.
– Jak… jak długo?
– Teraz to będzie…
(Upłynęły dwadzieścia trzy lata, cztery miesiące, osiem dni)

Niedawno miałem przyjemność uczestniczyć w porekolekcyjnej nocy filmowej. Moją szczególną uwagę przykuł „Interstellar”, gdyż od dłuższego czasu byłem szalenie ciekawy fabuły i chciałem skonfrontować własne wrażenia z nieprzychylnymi recenzjami, które czytałem. Nie wspomnę o tym, że oficjalny soundtrack przesłuchałem od góry do dołu kilkanaście razy i byłem nim zachwycony. Skoro muzyka sama w sobie bez kontekstu fabularnego potrafi tak wybrzmieć, to o ileż bardziej zadziała razem z obrazem!

Nie mam zamiaru zarysowywać fabuły ani dokładnie opisywać wszystkich wydarzeń, bo na pewno znajdą się osoby, które jeszcze filmu nie oglądały. Odwołam się jedynie sceny, w której padają słowa przywołane na początku tego tekstu.

Dwójka astronautów wróciła właśnie z planety, która orbituje wokół czarnej dziury pokaźnych rozmiarów. Upływ czasu jest tam zniekształcony przez potężną grawitację osobliwości. Jedna godzina na planecie odpowiada siedmiu latom na statku, który znajduje się daleko od niej. Szok, niedowierzanie, rozpacz… pełne spektrum emocji można dostrzec na twarzach bohaterów. Scena jest  wstrząsająca. Nawet mi, choć mam umysł ścisły, trudno jest sobie wyobrazić taką sytuację, że w momencie gdy minęły trzy godziny mojego życia, na świecie tak naprawdę upłynęło wiele lat, ogrom rzeczy, wydarzeń, które po prostu przegapiłem.

Na szczęście w moim życiu nie doszło do takiej sytuacji (i raczej nie dojdzie), ale zacząłem się zastanawiać jak często nie potrafię efektywnie wykorzystać powierzonego mi czasu i jak często przelatują mi minuty, godziny tuż przed nosem – kpiąc sobie ze mnie i śmiejąc się prosto w moją twarz. Z czego to wynika? Co jest źródłem tego problemu? Przeszukałem cały dom, każdy kąt, sprawdziłem nawet pod materacem, ale nie mogłem znaleźć czarnej dziury, która by niezauważalnie (a jednak zauważalnie) zakrzywiała czasoprzestrzeń. Tak więc czarnej dziury w moim domu nie ma, bo przecież gdyby była, to dom lśniłby na całą Warszawę. Trochę się rozczarowałem…

Okazało się, że znalazłem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: po prostu dzień, który nie jest zaplanowany z góry, dzień który nie ma jakiegoś rytmu, staje się dziwnie rozedrgany i ten czas dosłownie przelatuje przez palce. Przyznam szczerze, że uwielbiam spać i siedzieć do późna w nocy, co wpływa pozytywnie na powstawanie czarnych dziur w moim pokoju. Dzień zaczynam o 10 (sic!) i nagle te wszystkie dobre rzeczy i wielkie plany, które chciałem wczoraj w nocy zrealizować, nie mają racji bytu, bo brakuje czasu. Czy to nie piękna wymówka?

Odwołam się do rekolekcji, na których z łatwością wchodzę w rytm wczesnego wstawania i konkretnego planu dnia, który sprawia, że nie marnuję czasu. Naprawdę, 15 dni to jest życie na sto procent, wyciśnięcie z czasu tyle ile można, a co najważniejsze nie ma tam żadnych czarnych dziur. Teraz trzeba to przełożyć na codzienne życie tu i teraz i zawalczyć o to, aby każdy dzień składał się z jak najlepiej wykorzystanych minut, a później godzin. Na rekolekcjach nikt nie powie, że nie ma czasu, bo ten czas zawsze się znajdzie. Ostatnio w nowopowstałej wspólnocie w Lesie rozmawialiśmy z Pawłem z jedną uczestniczką i doszliśmy do wniosku, że nie mamy czasu na nic, ale to absolutnie na nic, a jednak poświęcamy swój cenny czas na dwie wspólnoty, przygotowywanie spotkań, grupy formacyjne, Namiot Spotkania, naukę, spotkania ze znajomymi, modlitwę, Eucharystię, dobrą zabawę, obowiązki domowe, pracę i tak dalej i tak dalej. Jak łatwo można zauważyć, nie mając czasu na nic, okazuje się, że robimy dużo dobrych rzeczy, które mają sens.

Dobre wykorzystanie czasu to umiejętność podzielenia go na trzy ogólne części: modlitwa, obowiązki, odpoczynek. Najlepiej zacząć od małych rzeczy, tzn.: dzielę 24 godziny na 20-minutowe fragmenty, które przeznaczam na konkretne wydarzenia w moim życiu. Przykładowo: gram godzinę (i ani minuty dłużej), czytam książkę 40 minut, modlę się 20 minut, sprzątam przez 40 minut. Przykładów jest o wiele więcej i każdy z nas wie najlepiej jak podzielić swój dzień i co w nim zrobić, tak by żyć pełnią życia i nie mieć poczucia winy za źle wykorzystany dzień. Będę musiał zacząć po raz kolejny i po raz n-ty wprowadzę dzielenie dnia na mniejsze kawałki, bo wiem, że jest mi to bardzo potrzebne.

Tempus fugit, aeternitas manet. Czas ucieka, wieczność czeka/pozostaje. Świadomość, że czas ucieka i nigdy nie odzyskamy minionych wydarzeń niech nas nie przeraża i nie paraliżuje jak głównych bohaterów filmu „Interstellar”. Żyjmy ze świadomością, że ten czas jest darem od samego Boga i my możemy zrobić absolutnie wszystko, by ubogacić nim innych i samych siebie, jednocześnie pamiętając o wieczności. To jedyna taka okazja, by wycisnąć z czasu jak najwięcej! W wieczności czas nie będzie istniał!

Zdjęcie: materiały dystrybutora filmu „Interstellar”

1 Komentarz

  1. Piotr · 4 listopada 2015 Odpowiedz

    Daję łapkę w górę. Jeną rzecz natomiast chciał bym zaznaczyć. Nawet najbardziej skrupulatny plan dnia nic nie da bez samodyscypliny i konsekwentnego działania. Umiejętność podjęcia decyzji, że choć chcemy w dalszym ciągu „pożytkować czas na rozrywkę” to tego nie robimy. Dodam że wielokrotnie pojawia się u mnie problem, że choć jestem świadomy że sprawa X jest ważniejsza od Y to nie podejmuję się żadnej z nich bo wolę swawolę.

Dodaj komentarz