Tomasz z Aresztu

Tomasz z Aresztu

Wstrząsnęły mną słowa, które wtedy usłyszałem. Kiedy skręcałem z pl. Zbawiciela w ul. Nowowiejską i patrzyłem na smutne twarze ludzi myślałem, że albo oni tego nie słyszeli, albo musieli źle zrozumieć. Tak bardzo chciałem ich przekonać i nie wiedziałem jak.

I

Wyczytywano wszystkie winy Tomasza. Siedział w skupieniu i z nieprzeniknioną twarzą. Czekał kiedy to się skończy. Zaraz wstanie i zacznie opowiadać swoją historię z własnej perspektywy. Wyjaśni wszystkie okoliczności i kontekst w jakim to się działo. Powtarzał ułożone w głowie zdania. W myślach ważył słowa i wypowiadał starannie dobierając akcenty. Zaraz zrozumieją, że tak naprawdę było inaczej. Że był on bardziej ofiarą niż winowajcą. Że tak naprawdę, nie można mu nic zarzucić, bo właściwie postąpił najlepiej jak się dało.

I wreszcie to się skończyło, nastała głucha cisza pełna napięcia. Miał bronić się sam. Powoli wstał, ostrożnie, tak by nie utracić równowagi, gdy przy gwałtownym ruchu w skórę wpiją się kajdany. Otworzył usta. I zamarł. Zastygł. Wtedy poczuł, że chciałby żeby wszystko było proste, żeby nie musieć udawać i tłumaczyć się, być wolnym. Językiem zwilżył usta. Następnie mocno je zacisnął. Przez twarz przebiegł delikatny skurcz, ledwie widoczny tylko w okolicy skroni. Z drżącym głosem i zawahaniem zaczął mówić.

„To… wszystko… prawda. Tak było… Nie mam nic.. na swoje usprawiedliwienie.” I osunął się na krzesło. Opadł z sił, serce waliło mu jak młot, a na czole miał kroplisty pot. „Chciałem tylko dodać… Powołać się…” Panowała zupełna cisza, nie brzęczała nawet mucha. „Jakkolwiek to wyda się bezczelne…” Ktoś kaszlnął. „Na Jezusa Chrystusa. On podobno wziął wszystkie winy na siebie.” Właśnie w tym momencie na jego twarz padły promienie słońca. Nie słyszał zgiełku, oburzenia ani śmiechów. Wtedy rzeczywiście poczuł się wolny, choć cały czas drżały mu spocone wciąż dłonie.

II

Podobnie drżały jego dłonie gdy zbliżali się do bramy. Odprowadzano go. Wtedy padał rzęsisty deszcz. Nie miał płaszcza. Nie chciał wychodzić. Jeszcze parę godzin temu zabarykadował się w celi. Wołali psychiatrę. Czy zdrowy. A on zwyczajnie bardzo się bał. Bo więzienie daje pozorne poczucie bezpieczeństwa. Tu czekała go marna i szara, ale przynajmniej przewidywalna codzienność. Na zewnątrz niepewne perspektywy, dawni wierzyciele i niespłacone długi. Stanął żałośnie po drugiej stronie za plecami mając zamykające się wrota z litej blachy. I moknął, z wolna nasiąkał deszczem w starych zużytych ubraniach. Gdyby nie przyjechał po niego tajemniczy samochód byłby się odwrócił i zaczął walić pięściami by wpuścili go z powrotem. Gdyby nie otworzyły się drzwi tego samochodu. Gdyby nie usłyszał głosu z wewnątrz, który go zapraszał i wołał po imieniu. Który mówił, że wszystko jest gotowe i czeka. Że przyjechał tu specjalnie po niego i nie mógł się doczekać. Że uczta będzie wydana wedle jego, Tomasza dyspozycji. Że nic nie potrzeba mieć. Że może wrócić jeśli chce, ale może też ruszyć w drogę. W nową drogę i w nowe życie. Z początku nie ufał i chciał wracać. Ale ta wolność wyboru rozbroiła go. Do oczu napłynęły mu łzy. Stary chłop. Jak dziecko. „Ja naprawdę myślałem, że byłem całkiem w porządku… A potem: że jest już za późno” – wybełkotał. Zdjął zabłocone buty. Wsiadł boso do samochodu. Widać było tylne czerwone światła gasnące za zakrętem.

III

Raz jeszcze wrócił w to miejsce. Nie po buty, ani nie z tęsknoty. Wtedy, kiedy był już kimś, osiągnął liczne sukcesy i uczynił wiele dobra. Jedna myśl nie dawała mu spokoju. Ta o byłych współtowarzyszach z celi, którzy być może są wciąż wewnątrz, nie wiedzą, nie mają tej szansy i świadomości. Chciał przynieść dobre wiadomości. Stanął przy wejściu, żeby wołać. Za wszelką cenę chciałbym włożyć w jego usta te słowa z pl. Zbawiciela. Nie wiem jednak w jaki sposób, nie wiem co mu doradzić gdy patrzy pytająco. Nie chciałbym też nic narzucać. Czy lepiej walić pięściami w mur i krzyczeć, czy wsunąć list pod drzwi, czy wejść w przebraniu. Jak zrobić, żeby dali wiarę.

Więc jeśli chcesz coś zapamiętać, to wystarczy tylko ostatnie zdanie. Resztę wyrzuć spokojnie. Tak by je powtórzyć innym jak najlepiej. Lepiej niż Tomasz, lepiej niż ja, lepiej niż wczoraj. I podpowiedz później jak, wróć i podziel się z nami. I dokończymy tę historię.

***

„Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,17)

Zdjęcie (modyfikowane/cropped): the prisons (CC BY-NC-SA 2.0) i k o

Dodaj komentarz