Tradsi kontra moderna

Tradsi kontra moderna

Przedstawiono mnie jako „tradsa z fizyki”. Najpierw przytakuję, bo przy głośnej muzyce nie słyszę dokładnie. Później następuje chwila konsternacji. „Zaraz, zaraz, ja nie jestem żadnym tradsem” – mówię. „Nie? Ooo… Moderna?” – słyszę w odpowiedzi pytanie w którym czuć żywą nutę zainteresowania i podejrzliwości. „Tak, oczywiście, że moderna” – odpowiadam trochę na kredyt, nie będąc w stu procentach pewnym czy dobrze odgaduję znaczenie ostatniego słowa.

Nie wiem co skłoniło jednego z gospodarzy do rozpoznania mnie jako miłośnika liturgii trydenckiej polemicznie nastawionego do zdobyczy Soboru Watykańskiego II. Tak bowiem generalnie rozumiem funkcjonujące w katolickim slangu określenie „trads”, uwzględniając, że jest to uproszczenie do pewnego stereotypu. Choć być może rozumiem błędnie. Ale jest to mniej ważne. Gorzej, że właśnie wlazłem w te stereotypy jak w psie odchody, w tę grę podziałów, nieśmieszną zabawę stronnictw, pojedynek kościelnych subkultur.

O tych tanich podziałach. O tym, że potrafię dążyć do udowadniania komuś, że prawda leży po mojej stronie, zapominając o miłości. O tym, że jest w nas skłonność do przyjmowania jednych, kosztem wykluczenia innych. O bigoterii i plemiennej pobożności, która rozpoznaje tylko swoich, a w innych rzuca kamienie lub obcina im głowy. Jesteśmy niestety skażeni tą chorobą mniej lub bardziej.

Kościół jest oczywiście różnorodny i piękny w swej różnorodności. Mam jednak na myśli te sytuacje, gdy różnice stają się zarzewiem konfliktu i waśni zamiast próbą wzajemnego ubogacenia i zrozumienia.

Boję się czasem tego – epidemii, raka wspólnoty, raka Kościoła. Niech znów powróci mi przed oczy twarz konkretnego człowieka, relacja, wymiana myśli, uczuć i doświadczeń. Zamiast takiego czy innego sztandaru, bitewnej chorągwi i łamania kopii o rzeczy drugorzędne.

Łatwo mówić i łatwo przyklasnąć. Ale nie każdy musi myśleć tak jak ja. Niech będzie we mnie pragnienie, żeby umywać nogi człowiekowi tak bardzo różnemu ode mnie. Pragnienie prześcigania się we wzajemnej usłużności, życzliwości i miłości, a nie w argumentach i racjach. Umyć nogi komuś z kim się nie zgadzam. Umyć nogi komuś kogo zupełnie nie rozumiem. Wziąć michę z wodą, zakasać rękawy, poczuć pot zbolałych stóp i ubrudzić ręce. Bez liczenia na wdzięczność i dobre słowo w zamian. To może zaboleć. I dobrze. Ale rozumiem, że o to też chodzi w chrześcijaństwie. Które bywa niełatwe. Warto się jednak postarać, skoro Chrystus powiedział, że mamy być jedno.

Impreza nie była jednak zmarnowana, warto było poruszyć tematy religijne i światopoglądowe. Dyskusja była ożywiona i owocna. Nawet nazajutrz jedna osoba pojawiła się na mszy św. po paromiesięcznej przerwie.

***

„Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał” (J 16,23)

Zdjęcie (modyfikowane/cropped): Let the light in (CC BY-NC-SA 2.0) IamNotUnique

1 Komentarz

  1. Radek · 16 listopada 2015 Odpowiedz

    Ks. Blachnicki w podręczniku do ONŻ II pisał z goryczą, że liturgia jest największą męczennicą XX wieku. Od siebie dodam, że jej najgorszymi oprawcami są kapłani, którzy nie dość gorliwie prowadzą „wszystkich wiernych do pełnego, świadomego i czynnego udziału w obrzędach liturgicznych” i budują swoją kapłańską tożsamość na deprecjonowaniu powszechnego kapłaństwa wiernych, co docenił Sobór Watykański II. Będąc zafascynowany odnowioną liturgią, przeżywając frustrację z opieszałości we wprowadzania jej ducha w życie, nie dziwię się chęci powrotu do starej formy liturgii. Tam przynajmniej stare wino jest w starych bukłakach…

Dodaj komentarz