Tu i teraz

Tu i teraz

Warszawskie nocne niebo, tak jak innych dzisiejszych metropolii, zdradza oznaki choroby, jest różowo-fioletowe. Cierpi na bezsenność, kołatanie serca i nocne skurcze. Nie może wytchnąć mieniąc się słońc odległych cichym światłem. Jak zwierciadło wskazuje, że tam w dole nie wszystkie sprawy są w porządku. W dole jest martwy, smutny beton, miejska pustynia, grobowiec natury i pomnik samotności w tłumie.

W zeszłym roku wespół z trójka innych młodych ludzi wynajmowaliśmy wspólnie mieszkanie. Nie znaliśmy się wcześniej. Każdy chadzał własnymi drogami, wiódł swoje własne życie i prowadził za rękę swoje własne sprawy. Któregoś wieczoru uderzyła mnie pewna myśl, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Gdyby coś mi się stało, albo komuś z nich, jak byśmy się o tym dowiedzieli? Ile nocy musiałoby minąć, abym zaczął się niepokoić czyjąś nieobecnością? Dwie, cztery? Do kogo w takim wypadku miałbym zadzwonić? Czy znam ich rodziny, ich przyjaciół, miejsca gdzie pracują? Kogo pytać? Przyznam, że serce waliło mi jak młot z przerażenia.

I tak było. Z tą Francuzką. Była dwa miesiące, w ciągu tego czasu odbyliśmy może ze dwie powierzchowne pogawędki. Nagle zniknęła. Wpadła jak kamień w wodę. Nikt nic nie wiedział. Po tygodniu wróciła. Okazało się, że pojechała do domu, do Francji, tak po prostu. Później wszyscy rozmawialiśmy: „Jak gdzieś wyjeżdżacie to powiedzcie, żebyśmy się nie denerwowali. Później nie wiadomo co robić, czy na policję dzwonić czy co.”

Ktoś to trafnie ujął, może ktoś z Was, nie pamiętam. Tę myśl, że dzisiaj dzięki Facebookowi to wiem ile kilometrów przebiegł ktoś, z kim już od kilku lat nie rozmawiałem, i wiem co zjadł na śniadanie (a on się już dawno przeprowadził do Gdyni lub do Wrocławia). Gdy tymczasem nie wiem co się dzieje u sąsiada, a częstokroć nawet nie wiem jak się nazywa.

Zawsze mieszkałem w bloku, w różnych miejscach, ale zawsze był to blok mieszkalny. Życie ma tu swoją specyfikę. Kilkanaście metrów ode mnie ludzie przeżywają ważne chwile, ale ja zupełnie w tym nie uczestniczę. W ciągu ostatnich lat dużo się działo u moich sąsiadów. Była nowa fryzura i chustka pewnej pani. Później była w ciąży. Jakiś czas temu się dowiedziałem, że przed tą ciążą to był nowotwór. Nie miałem okazji ani współczuć, ani dać wyraz wsparcia, ani pogratulować dziecka. Dziś mi to przeszkadza, czuję się z tym dziwnie, a może nawet wzbiera we mnie jakiś rodzaj wstydu. Nie chciałbym skwitować tego prostym: „Takie czasy, ludzie tak dzisiaj żyją, nie są skłonni żeby wyjść sobie na przeciw”. Chciałbym jednak to zmieniać. Chociaż świata nie uratuję, ale mogę chociaż zmienić siebie i mieć baczenie na tych, którzy są wokół. Być może często wcale nie oczekują mojego zainteresowania lub troski, tym bardziej jeśli są dorośli. Tym niemniej warto być wrażliwym, bo nierzadko, ci którzy są wokół nas przeżywają prawdziwe dramaty, być może nawet w samotnej, cichej desperacji. A z zewnątrz i na pierwszy rzut oka niewiele widać.

Nie zmierzam do tego, by naraz pukać do drzwi sąsiadów i wpraszać się im na obiad, ani też by agitować za zgodnym bojkotem portali społecznościowych. Kondycja dzisiejszego człowieka i możliwości, które mamy mogą być jednak zagrożeniem. Ułatwiają na przykład ucieczkę od realnego tu i teraz do pewnych rzeczywistości globalnych, z którymi nie jestem w stanie nic zrobić. Przestaję być wtedy podmiotem, a staję się biernym świadkiem i obserwatorem. To łatwiejsze, niezobowiązujące i jest znakomitą pożywką dla tych ziaren lenistwa i zaniedbań, które są w każdym z nas.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że głośne rozdzieranie szat nad głodem, biedą i niepokojami na świecie staje się czasem wręcz niesmaczne jeśli z tego nie wypływa żadne działanie, jeśli jest nieproporcjonalne do zaangażowania. Mam nadzieję, że nie zostanę źle zrozumiany; tym cierpiącym ludziom należy się pomoc, współczucie, modlitwa i protest wobec niesprawiedliwości. Ale oprócz mojego zaangażowania tam (które z obiektywnych przyczyn miejsca i czasu często jest i będzie minimalne), trzeba zadawać nieustannie pytania o mój kontekst życia, moje otoczenie, tych którzy są wokół mnie i tego nie zaniedbywać. Kto jest wokół Ciebie teraz, dzisiaj? Może twój znajomy z pracy ma smutną minę? Może zapytaj co u niego?

Zaraz znajdzie się mnóstwo powodów i wytłumaczeń, które będą przed tym powstrzymywać. Jak zawsze, gdy ma się stać coś dobrego, a komuś zależy, żeby się nie stało.

Musimy się trzymać razem, żeby nie utonąć w tłumie ludzi, żeby nie zniknąć, nie rozpłynąć się, by być na bieżąco u siebie nawzajem. Oprócz szyderozy jest bowiem jeszcze inna współczesna przypadłość – zakamuflowana anonimoza. Ludzie często niby są blisko, a jednak daleko. Czasem, co gorsza, znikają i nie wiadomo co zrobić. Tak bywa czasem i we wspólnotach. Ale żeby temu zaradzić to najpierw trzeba być tu i teraz. Nie w gdybaniu, nie w przesadnym, rzewnym sentymentalizmie, przerośniętym marzycielstwie, skrupulatnym planowaniu, globalności świata lub wysokim stopniu teoretyzowania.

Łatwo powiedzieć! Niestety, stanięcie w prawdzie, aktualnej i realnej rzeczywistości ludzi, którzy mnie otaczają może narazić na poważne konfrontacje. Na zmierzenie się z moimi osobistymi lękami, z tym, że zostanę współuczestnikiem bólu i cierpienia, że będę już za coś i za kogoś współodpowiedzialny, że może wyjść na jaw moja bezradność i ograniczenia. Ale to ta sama i jedyna droga aby doświadczać prawdziwej miłości i troski, aby być współuczestnikiem radości i uśmiechu.

Zdjęcie block (cc) sima dimitric

komentarze 2

  1. Magda Szostakowska · 31 października 2014 Odpowiedz

    O i wspólnymi siłami utworzymy Vademecum Chorób Zakaźnych Postmodernizmu 🙂

  2. 7lwt · 31 października 2014 Odpowiedz

    Dobre. I ważne. Dzięki

Dodaj komentarz