Tupanie w rytmie Indie

Tupanie w rytmie Indie

Siedzę sobie na wygodnej kanapie w jednej z praskich restauracji typu „U Turka”. Nieważne, że właściciel raczej nie jest z Turcji, a lokal pewnie nazywa się „Habibi” albo „Istambul”.Prowadzi go wyznawca Allaha, a ja czekam na swój kebab, bo nie chce mi się gotować, a że miałem po drodze i znajomy zachwalał, to wszedłem. Dostaję kanapkę w dłoń. Parzy w ręce i już wiem, że sos będzie wyciekał, kiedy ciasto rozmięknie.  Kładę jedzenie przed sobą i robię znak krzyża…

Zawsze to robię przed jedzeniem, ale w tym jednym momencie zamiast zabrać się za posiłek cieszę się jak głupi, że po prostu mogę to zrobić. W Polsce tym znakiem nikogo nie obrażam i na szczęście nie sprowadza on na mnie kłopotów. Kebab zjadłem, pouśmiechałem się do małego synka właściciela i jego polskiej żony, grzecznie podziękowałem i wyszedłem. To wszystko działo się po niedawnych wydarzeniach w Paryżu i pewnie moje myśli o znaku krzyża przyszły tylko dlatego.

Nie jestem człowiekiem, który zidentyfikował się z redakcją „Charlie Hebdo”. Oczywiście ten zamach jest dramatem i współczuję rodzinom ofiar, tak jak współczuje się zawsze, gdy ktoś umiera, ale nie mogę być Charliem, czyli kimś, kto obraża nie tylko Mahometa, ale też mojego Boga (kopulująca ze sobą Trójca Święta na okładce czasopisma). Zamykając temat, solidaryzuję się, ale nie identyfikuję.

Ta sprawa, oprócz wymiaru ludzkiego, pokazuje jak bardzo nasze społeczeństwo jest tchórzliwe i nieempatyczne. I nie mam na myśli tego, że powinniśmy tu kogoś pomścić. Broń Boże! Europejczycy, którzy stoją na straży praw człowieka, poszanowania dobra ludzkiego i tolerancji, tak naprawdę dopiero teraz odtworzyli oczy. Zobaczyliśmy, że jest grupa islamistów, która potrafi za znieważanie swojej religii zabijać. Sytuacja z Francji wydała nam się okrucieństwem, tymczasem chrześcijanie ginący z rąk muzułmanów to dzisiaj smutna rzeczywistość. I to nie za karykaturę ich proroka, ale za zwykły znak krzyża, za posiadanie Biblii, czy wyrzeknięcie się wiary pod przymusem karabinu czy noża. Ci ludzie giną codziennie i masowo. Nigeria, Sudan, Somalia, Mali, Pakistan czy nawet tak chętnie odwiedzany przez turystów Egipt. W tych krajach najczęściej giną nasi współbracia. Kościół się wykrwawia w tamtych rejonach od dawna, a Europa dopiero teraz lamentuje, jaki ten Islam zły i niewygodny. Zresztą, głęboko wierzę w to, że wbrew pojawiającej się pokusy generalizacji, niecały Islam jest pochłonięty złem.

Kolejny problem – nasze społeczeństwo jest uzależnione od ocen zero-jedynkowych. Albo czarne, albo białe. Nie wiem, czy to problem z brakiem identyfikacji, czy potrzebą utożsamiania się z jakąś społecznością, która nie jest zrealizowana. Potrzebujemy wrogów i przyjaciół, którzy jasno zostaną wskazani. Nie ma chyba już miejsca na wypośrodkowanie. W  szkole czy pracy mamy kolegów, których lubimy i szanujemy, i choć posiadają odmienne poglądy, to są oni porządni, punktualni, zabawni, dobrze wykonują swoja pracę. Jednak doskonale wpisują się w jakąś zbiorowość, którą wręcz potępiamy. Niech to będą ateiści, homoseksualiści, a z ich perspektywy katolicy czy konserwatyści. W osobowych relacjach będziemy się lubić, a gdy przyjdzie do wydarzenia dzielącego świat, zaczniemy się w tych grupach zwalczać albo wręcz wzajemnie poniżać. A że naprawdę niewiele nam do tego potrzeba, to takie małe wojny mamy na co dzień.

Każdy z nas ma lub miał chwilę buntu. Najczęściej taki okres nieposłuszeństwa wobec rodziców i wzmożonej uwagi na lekcjach przypada na okres gimnazjum. Zaczynamy szukać jakiejś skrajnej ideologii, słuchamy przyporządkowanej do niej muzyki. Często chcemy przynależeć do jakiejś subkultury. Konflikt każdego nastolatka – chcieć być inny niż reszta i posiadać to, co reszta. Być innym i podobnym jedncześnie. Od połowy XX. wieku falami pojawiają się nowe subkultury: bitnicy, hipisi, punki, metale, skini, dresiarze i hipsterzy. Ci ostatni przeżywają ostatnio renesans i prawdę mówiąc, z mojego punktu widzenia, jest on bezsensowny. Grupa ludzi cechujących się skrajną niezależnością. Od światopoglądu, przez strój aż po zainteresowania hipster stara się być niezależny. Szkoda, że cenę za to najczęściej płacą rodzice. To grupa ludzi, która buntuje się przeciwko wszystkiemu, co oznacza, że ich sprzeciwu naprawdę nie ma. Do tej pory młodzież miała dość tego, co denerwujące było w ich rodzicach lub otoczeniu. Czyli obłudy, mieszczaństwa, ustroju czy ewentualnie fobii wobec jakiejś mniejszość. Długo by wymieniać, ale można było kiedyś od punka czy dresa z polskiego blokowiska wymagać konkretu. Najczęściej te hasła wykrzykiwali kultowi wokaliści. Dzisiaj mamy 2015 rok, hipsterstwo jest popularne i  wychodzi na to, że części młodzieży nie denerwuje już nic, albo została tak spaczona, że tego nie dostrzega. A bunt jest sensem samym w sobie. Takie wściekłe tupanie nogami w rytmie Indie.

Zdjęcie:  Hipster (CC BY-SA 2.0) Guian Bolisay

1 Komentarz

Dodaj komentarz