Uroki Warszawskiej Pragi

Uroki Warszawskiej Pragi

Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.

Terry Pratchett – Maskarada

 

– Powinniśmy byli iść inną drogą. Nie lubię tego miejsca – Filip przyglądał się niespokojnie znajomym, obdrapanym budynkom starej warszawskiej Pragi.

– Dlaczego? Uważam, że tu jest klimatycznie. – Grzesiek pierwszy raz gościł w stolicy i wszystko wydawało mu się takie nowe i ekscytujące. Rozglądał się wokoło zafascynowany, z oczami rozwartymi szeroko niczym u niemowlaka. Chłonął każdy architektoniczny detal, badał każdy mural i graffiti.

– Boję się, że zaraz się przekonamy – skwitował Filip. I jak to w życiu bywa, problemy nie kazały na siebie długo czekać.

– Ej, laleczki! Może szukacie towarzystwa? – zachrypnięty głos wyraźnie wybijał się ponad gwar ulicy Białostockiej. Jego właścicielem okazał się przysadzisty, ubrany w kolorowy dres osiłek o wyzywającym wyrazie twarzy. Właśnie namierzył dwie przechodzące opodal dziewczyny i postanowił obdarzyć je kilkoma wymyślnymi (w swoim mniemaniu) komplementami. Ofiary tylko skuliły się w sobie i przyśpieszyły kroku, aby jak najszybciej opuścić pole rażenia niewybrednego adoratora.

– Dokąd tak niunie pędzicie? Chodźcie, będzie fajnie! – następnie zaklął siarczyście i skwitował wszystko kolejnym wybuchem rzężącego śmiechu.

Gdy dziewczyny się oddaliły dresik szybko znalazł sobie nową ofiarę:

– Ej, elegancik, kopsnij szluga! – schludnie ubrany mężczyzna przystanął zakłopotany. Na jego twarzy widać było strach. – aaallllee… ja nie palę… – wyjąkał nerwowo macając się po kieszeniach.

– To zacznij! – Dresiarz zrobił szybki krok w stronę mężczyzny, przybierając postawę bojową. Ofiara szybko odwróciła wzrok i nerwowym krokiem podreptała jak najdalej od niefortunnej bramy. Pogoniło za nią już tylko kilka wyszukanych przekleństw.

Zanim Filip z Grześkiem doszli w pobliże osiłka, jego ofiarą padło jeszcze kilka osób: babcia z zakupami, trójka dzieciaków z powycieraną piłką do nogi oraz jakiś zabłąkany turysta z drogim aparatem, którego zresztą mało co nie stracił. Wszyscy podkuleni odwracali wzrok od napastnika i jak najszybciej znikali z jego pola widzenia.

W końcu przyszła kolej i na chłopaków:

– Ej, pedałki! Won z mojej ulicy, bo wam dupy na lotniska poprzerabiam! – Dresik zacisnął pięści i wysunął do przodu dolną szczękę, dając wyraźnie do zrozumienia, że gotów jest poprzeć swoje słowa czynami. Filip jako nauczony życia Warszawiak, nie miał zamiaru powątpiewać w szczerość intencji tubylca, więc co prędzej przybrał postawę „wcale mnie tu nie ma” i przyśpieszając kroku, zaczął oddalać się ze strefy zero. Gdy jednak ośmielił się szybko zerknąć w prawo, okazało się, że jest sam! Grzesiek został z tyłu.

– A ty co?! Wrażeń szukasz wypierdku?! – usłyszał Filip za swoimi plecami i serce podeszło mu do gardła. Przełamując strach, zatrzymał się i obejrzał. Jego kolega stał naprzeciwko napastnika i bezczelnie się na niego gapił. Nie, nie bezczelnie – poprawił się w myślach Filip – on się na niego patrzył z zainteresowaniem!! Jak na jakiś mural, albo wyjątkowo intrygujące graffiti!

– Czemu tak do mnie mówisz? – Grzegorz zdawał się nie rozumieć grozy sytuacji, bo jego głos był zadziwiająco spokojny. Pytanie wybiło osiłka z rutyny, która do tej pory sprawdzała się w każdym przypadku:

– Co kurna? – próbował odzyskać utraconą równowagę. Coś jednak tu się nie zgadzało.

– Chciałem wiedzieć, czemu tak do mnie mówisz. Przecież mnie nie znasz. Czy ja coś ci zrobiłem? – Grzesiek nie spuszczał oczu z dresiarza. Oczu bez strachu, bez gniewu. Jedyne, co w tej chwili wyrażały to niezrozumienie.

– Goń się leszczu! – próbował zbyć jego pytanie osiłek. Jego spojrzenie nie wytrzymało naporu oczu Grześka. Wciąż uciekało to w prawo, to w lewo, niby czegoś szukając.

– Jeśli coś ci zrobiłem, to powiedz! Z chęcią to naprawię. – Nie ustępował.

– Powiedziałem: GOŃ SIĘ!! – dresiarz nie wytrzymał. Krzyczał szturchając przeciwnika wskazującym palcem. Jednak ani krzyk, ani wulgaryzmy zdawały się nie wywoływać żadnego skutku. Odpowiedź była równie spokojna jak poprzednie:

– Co jest nie tak? Mogę jakoś pomóc?

– Co jest nie tak?!?! Powiem ci kurna, co jest nie tak! – Osiłek podnosił głos coraz bardziej. Ludzie z drugiej strony ulicy obracali głowy, aby zobaczyć przyczynę zamieszania. Filip otwierał szeroko oczy, coraz bardziej przerażony obrotem spraw. A miejscowy chłopak kontynuował:

– Cały ten popaprany syf jest nie tak! – zatoczył ręką szeroki łuk. – Melina, w której muszę siedzieć ze swoimi starymi! Wciąż naprutymi jak pierdzielone Meserszmity!! Dzielnicowy (tu za pomocą kilku finezyjnych epitetów wyjaśnił, jaki ma stosunek do władz lokalnych), który co chwila przyłazi i czepia się o byle co! Kumple, z których każdy tylko myśli, jak cię oskubać albo wrobić w jakieś bagno.

Potok słów ciągnął się jeszcze przez dłuższą chwilę. Jednak uniesienie krzyczącego powoli opadało. Gniew wycofywał się, pozostawiając… żal… pretensję i poczucie beznadziei.

Grzesiek słuchał tego cierpliwie. A gdy tamten skończył powiedział tylko:

– Przykro mi. – I dalej stał wpatrując się w rozmówcę spojrzeniem przepełnionym zrozumieniem i współczuciem. Nie osądzał, nie potępiał. Po prostu starał się zrozumieć. Milczenie trwało. W pewnym momencie Grzesiek zrobił krok do przodu i lekko klepnął miejscowego chłopaka w ramię, skinął mu smutno głową, odwrócił się i odszedł, pozostawiając tamtego w dziwnym odrętwieniu.

 

Dwóch chłopców oddalało się niespiesznie, skręcając z ul. Białostockiej w Brzeską. Praga to niezwykłe miejsce i tyle jest tu do zobaczenia. Nie warto się spieszyć.

Osiłek pozostał w bramie. Stał i wpatrywał się w chodnik, nie do końca rozumiejąc, co się przed chwilą stało. Bo oto po raz pierwszy ktoś go nie ocenił, nie potępił, ale po prostu… wysłuchał.

 Zdjęcie: Double Rainbow Over Praha (CC BY 2.0) trynidada

Dodaj komentarz