Verba docent, exempla trahunt

Verba docent, exempla trahunt

„Słowa uczą, przykłady pociągają”

Tytus Liwiusz

 

Udało się! Miasto wreszcie zgodziło się przekazać budynek na cele ochronki dla dzieci z ubogich rodzin. Walka, którą Filip z Moniką toczyli od ponad pół roku, uświadamiając urzędnikom palącą potrzebę takiego miejsca, opłaciła się. Radość rozpierała ich serca, kiedy dzierżąc w garści podzwaniający pęk kluczy, zmierzali do wskazanej lokalizacji. Jednak uśmiech szybko umknął z ich twarzy, gdy dotarli na miejsce. Ich oczom ukazała się wymalowana sprejami ruina o obgryzionym tynku. W większości okien braki szyb zostały zastąpione przegniłą dyktą. W środku było jeszcze gorzej – sterty gruzu, śmieci i walających się butelek.

– Toż to istna tragedia! – Wykrzyknął załamany Filip – miną wieki, zanim doprowadzimy to do porządku! – nie mógł opanować rosnącej w nim frustracji. Gdy przechodzili z pomieszczenia do pomieszczenia, cały czas komentował tragiczny stan budynku – Co my niby mamy z tym zrobić? Jak tu wpuścić dzieci?

Monika oglądała wszystko w milczeniu.

Kiedy skończyli oględziny Filip wpadł na pomysł – musimy zebrać ludzi! W końcu to dla nich to miejsce. Na pewno nam pomogą – i nie czekając na reakcję koleżanki wybiegł na ulicę, aby zachęcać ludzi, do zaangażowania się w to wielkie dzieło.

Monika tylko spojrzała za nim, po czym w milczeniu schyliła się i zaczęła zbierać walające się w koło śmieci. Centymetr po centymetrze przedzierała się przez pomieszczenie.

Po dwóch godzinach wrócił Filip. Sam. Minę miał nie ciekawą. Pomimo wysiłków, błagań i zaklinania, nikt nie chciał podjąć się pomocy w organizacji ochronki. Nie pomogły liczne argumenty oraz wzniosłe hasła. Każdy miał swoje sprawy i za nimi gonił.

Filip rozzłoszczony spojrzał na koleżankę:

– Może byś mi pomogła?

– No przecież pomagam – odpowiedziała spokojnie Monika.

– W taki sposób nic nie zdziałamy! – wykrzyknął poirytowany Filip, wskazując ręką maleńki skrawek podłogi, uprzątnięty wysiłkiem Moniki – Tu potrzeba armii ludzi! Idę pod kościół – triumfalnie uniósł palec ku górze – Zaraz powinno się kończyć wieczorne nabożeństwo. Ludzie wierzący na pewno nie będą obojętni na cierpienia dzieci.

I ponownie nie czekając na reakcję dziewczyny, wybiegł z budynku.

Monika popatrzyła przez chwilę za nim, po czym wróciła do pracy.

– Co robisz? – słodki dziewczęcy głosik zupełnie ją zaskoczył. Odwróciła się i zobaczyła, małą, chudziutką dziewczynkę, ściskającą pod pachą wybrudzoną gumową piłkę.

– Sprzątam – odpowiedziała dziewczyna, po czym wróciła do pracy.

– A po co? – nie dawała za wygraną dziewczynka.

– Żeby można tu było się bawić – Monika nie przerywała pracy.

– A kto tu się będzie mógł bawić – mały intruz nie dawał się zbyć byle czym. Monika przerwała na chwilę, odwróciła się i uśmiechnęła promieniście – Każdy.

Jeszcze przez pewien czas czuła na sobie wzrok dziewczynki. Nie przerywała jednak pracy, bo nie chciała tracić ani chwili. Wkrótce rozległ się szybki tupot małych stópek i nieznajomy gość zniknął. Znów pracowała w samotności.

Jednak jak się okazało, nie na długo. Jej skupienie przerwał dziwny gwar dobiegający z ulicy. Odwróciła się akurat w momencie, gdy do pomieszczenia wchodziła duża grupa dzieci w różnym wieku. Umorusani, w brudnych, często poprzecieranych ciuchach. Część z nich niosła wiaderka różnej wielkości, inni małe szpadelki, grabki a nawet jakieś szczotki. Monika zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia.

– To my ci pomożemy – mała nieznajoma stała na czele grupy i uśmiechała się promieniście, przekrzywiając uroczo główkę. Dzieci rozbiegły się po sali i szybko zabrały do pracy – zbierały fragmenty gruzu, wynosiły worki pełne śmieci, zamiatały. Widać, że pomimo młodego wieku miały w tym wprawę. Monice nie pozostało nic innego, jak tylko się do nich przyłączyć.

Potem poszło już szybko. Następnego dnia dzieci ściągnęły do pomocy niektórych z rodziców. Okazało się, że ojciec jednego z maluchów jest murarzem, inny zna się na malowaniu. A że akurat nie mieli nic do roboty, to po namowach dzieci, postanowili się przyłączyć. Ktoś przyniósł trochę farby, ktoś niepotrzebny dywan, inny ktoś parę wytartych foteli. Nawet Filip po jeszcze kilku nieudanych próbach agitacji, zrezygnował i wziął się po prostu do pracy.

Po zaledwie tygodniu pierwsze pomieszczenie zaczęło nadawać się do użytkowania. I od razu zaroiło się dziećmi, zachwyconymi z własnego kąta. Bo przecież to ich dzieło! Rozpierała je więc duma. A Filip z Moniką odkryli, że ich opieka nad dziećmi trwa już od tygodnia i że sami nie byliby w stanie wymyśleć dla nich lepszych i bardziej kreatywnych zajęć.

Zdjęcie (modyfikowane/cropped): Mess (CC BY 2.0) Moyan Brenn

Dodaj komentarz