Artur Przybyszewski

W sercu ojca

„Miłość chrześcijańska polega na wzajemnym znoszeniu siebie w cierpliwości”

 ks. Franciszek Blachnicki

Ostatni weekend spędziłem w Łukowie na Oazie Rekolekcyjnej Diakonii i chcę się z Tobą krótko podzielić tym, jak dobry był to czas. W grupie niespełna trzydziestu, zupełnie różnych, często nieznanych sobie wcześniej osób spotkałem taką wspólnotę, której nie udało mi się zbudować nigdy wcześniej.

Niesamowite świadectwa życia, które tam widziałem. Nie musiałem słuchać, po prostu były to świadectwa postawy…

Małżeństwo, które po miesiącu znajomości ślubowało sobie wierność i tak od czterdziestu lat nieprzerwanie są sobie wierni na każdej płaszczyźnie. Mąż (mój osobisty mistrz świata w małych gestach) 21 dnia każdego miesiąca przynosi żonie kwiaty. Po prostu. Nie musi. Postawił sobie to za punkt honoru i realizuje.

Kapłan, który nie boi się mówić o swoich słabościach, szczery i nieoceniający. Poraziło mnie to w jak prosty sposób potrafił ująć to, co w danych momencie rekolekcji był najistotniejsze.

Chłopak, nie wiem miał może z dziesięć lat, który najchętniej sam służyłby przy ołtarzu. Wszystko, co robił w czasie mszy było wtedy najważniejsze. Jego pełną powagi i dorosłości w tamtych momentach minę zapamiętam na zawsze.

Mężczyzna, który doceniał każde nasze najmniejsze zaangażowanie, zbierał namiary na nas, byśmy mu pomogli, coś przesłali, a sam flaki sobie wypruwa, żeby w jego parafii wszystko miało ręce i nogi.

Powiedział do mnie dwa zdania. Takie zdania, które spowodowały, że poczułem się jakby oddawał mi brakującą część mnie. Jedno wyszeptał o modlitwie, drugie, gdy wziął mnie na bok i wywalił na stół sporą dawkę prawdy o moim życiu.

I dużo, dużo więcej. Ten czas patrzenia na Ruch przez pryzmat wyzwania bardzo dużego, wręcz przytłaczającego dał mi dużo do myślenia. Nurtowało mnie od zawsze jedno – jak to jest, że o podstawowych sprawach w Ruchu mamy tyle zdań, ile nas jest. Zwłaszcza tych dotyczących Nowej Kultury, która nas tak bardzo elektryzuje, czasem wręcz gryzie. Sam nie wiem, czy wyrzutami sumienia, czy przeginaniem, często w obie strony. Jednak ten temat teraz nie zaistnieje, choć po tym ORD mam materiał przeżyciowy na całą serię tylko o nim. W aspekcie RŚŻ dowiedziałem się jednej bardzo ważnej rzeczy, która może być dla mnie sporym ułatwieniem w tych wszystkich niedopowiedzeniach: chcąc prawdziwie poznać Ruch trzeba świadomie przejść formację. To po pierwsze. Jednak przede wszystkim trzeba znać Wizję założyciela Ruchu. Taka wiedza jest trochę jak nawigacja w Oazie. Brak poznania jej porównałbym do chęci bycia gorliwym katolikiem, korzystania z łask sakramentów bez studiowania Biblii. Jak to ma się z konsekwentną wiarą nie wymaga komentarza. Nie da się świadomie żyć dla idei, bez jej znajomości, dlatego trzeba czytać Blachnickiego – dużo i namiętnie.

Mała dykteryjka. Muszę oddać hołd babci Woźniak – mojej polonistce z liceum; która do wyrzygania tłukła i dalej tłucze swoim uczniom pewną prostą zasadę T – I – W, obowiązującą przy czytaniu lektur (polecam wykorzystać w Namiocie Spotkania). Przepis na jej skuteczne wykonanie jest taki – bierzemy tekst, ołówek i kartkę. Czytając (T, czyli treść) zaznaczamy fragmenty potrzebne nam do interpretacji. Najlepiej jest to zrobić więcej niż tylko raz. Wszystkie podkreślenia przekładamy na język najprostszy, zrozumiały dla siebie. Po czym przepisujemy na kartkę (I, czyli interpretacja). Czytając to, co zapisaliśmy, wyciągamy wnioski (W) biorąc pod uwagę okres literacki, życiorys autora, kontekst historyczny etc.

Jak ma się czytanie Blachnickiego do tej zasady? A no tak, że mam zamiar zacząć tak robić z referatami, listami, publikacjami o. Franciszka Blachnickiego. Z ołóweczkiem, cierpliwie, zdaniu po zdaniu. Żeby naprawdę wiedzieć, jakie myśli nosił w sobie o. Franciszek.

Może chcesz do mnie dołączyć w tym „zaglądaniu do serca Blachnickiego”? Jeśli tak, to proponuję zacząć od „Charyzmatu i wierności” – syntezy i rachunku sumienia dotyczącego Ruchu Światło – Życie, niepozbawionej przy tym kolejnych pomysłów i planów na przyszłość. Jednocześnie idealna pozycja dla tych, którzy lubią książki podróżnicze.

Warto sprawdzać, jak daleko jesteśmy od pierwotnych założeń.

PS. Poszedłem sobie w dniu wyjazdu na Wschodnim do sieciówki z kawą i dostałem kubek z uciętym Mikołajem. Wiecie, takim czerwonym pajacem, którego nazywa się świętym. Tam, gdzie był otworek, z którego piłem moją kawę, powinna być chyba głowa tego krasnala. Nie denerwuje Ciebie, że na początku listopada świat dostaje świra i obwieszcza sobie samego, że „coraz bliżej święta”?

Zdjęcie: Sunday means get together (cc) Yasin Hassan – ياسين حسن

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.