Z perspektywy rondla

Z perspektywy rondla

Kubków na białej kuchennej suszarce zawieszonej nad blaszanym zlewem stopniowo przybywa. Woda zbiera się na ich dolnych krawędziach w duże ciężkie krople, które miarowo opadają na plastikową tackę. Poniżej, część rzeczonej zastawy wrzucona dnem do góry pływa oblepiona białą pianą, reszta już obija się o dno niczym wraki zepsutych okrętów, choć znacznie mniejsze i lżejsze, dające się porwać tańcom podwodnych, mydlistych prądów. Kilkoro młodych ludzi krząta się tu i ówdzie próbując przywrócić otoczeniu ład po ostatnim wspólnym posiłku, który jak huragan bezlitośnie unicestwił jako taki porządek. Zaraz na warsztat pójdą garnki, już są do tego zadania wyznaczeni ochotnicy. W tym czasie ktoś inny pójdzie zetrzeć stoły. Taka atmosfera sprzyja konwersacjom – da się słyszeć zarówno te mniej frasobliwe przeplatane żartami jak i bardziej poważne zwierzenia.

Wiesz, ja to tak w sumie przypadkiem przyszedłem na spotkanie po raz pierwszy. Były wąskie schodki na górę w budynku starej plebanii, niebieskie ściany, w tym jedna z dykty, albo innego równie lichego materiału, granatowa brudna wykładzina, parę sztucznych kwiatków. Nawet tablica z kolorowymi kredami. Wszystko na swój sposób przestarzałe i kiczowate, na pewno za takie uznałbym to dzisiaj, ale wtedy to nie miało żadnego znaczenia, nie było istotne. Ludzie, młodzi, siedzieli w kucki albo po turecku na tej wykładzinie, było dość gwarno, ktoś wreszcie zaczął coś mówić do reszty, najpierw trzeba było uciszać rozentuzjazmowany tłum. Było chyba jakieś przedstawianie się, ale nie jestem pewien. Była jakaś dziewczyna, która jak się okazało mieszkała w bloku obok mnie, ale nie widziałem jej nigdy wcześniej, ani nigdy potem.

Widzisz, naprawdę z trudem przypominam sobie szczegóły. Ale pamięta się to, co się czuje. No więc, czułem się w jakiś sposób chciany, przygarnięty, bez żadnych warunków wstępnych, może nawet potrzebny. Ale nie w tym sensie, że moja obecność realnie coś tam zmieniała, nie, mogłem wtedy po prostu nie przyjść. Ważne było to, że ktoś się mną zainteresował, nie ze względu na jakieś umiejętności, czy nadzwyczajności, ale tak po prostu, wystarczającym powodem była moja obecność.

Człowiek potrzebuje takich miejsc i ludzi. Ja na pewno potrzebuję. Fakt, że nie muszę zapracowywać na to, by czuć się przyjęty jest niezmiernie ważny. Masz rację, świat, szczególnie dorosły, tak nie działa, ale chyba wcale nie chodzi o to by tak było. Nie zgadzam się, że to niedydaktyczne. W szkole, na studiach i w pracy nieustannie jest przecież konieczność ciągłego udoskonalania, oceniania, sprawozdawania, weryfikacji postępów, jednym słowem trzeba się wykazać. Ciężko sobie też wyobrazić, żeby było inaczej. Jednak człowiek potrzebuje miejsc, do których może wracać czując się bezpiecznie. I nie jest to ucieczka, czy oznaka słabości. Dla mnie nie. Rozumiesz, w czym rzecz? Poczekaj… ten garnek jest z tej strony jeszcze brudny, daj, tamtą gąbką!

Na czym to skończyłem? Acha, o dobrym przyjęciu. To znaczy nie o imprezie mówię, chociaż takie też się zdarzały. Wtedy też była modlitwa. Ci starsi ustawili się w dwie grupy, każdy kto chciał podchodził, szeptał o co chce, żeby się pomodlili i bach na kolana. Nie, nie, żadnych tam zaśnięć w Duchu Świętym, chociaż nie mam nic do tego. Za mnie też się modlili, a przecież nie chcieli nic w zamian. To nie było dla mnie aż takie oczywiste. Po prostu przychodzisz, modlisz się z ludźmi i odchodzisz. A w tym przypadku nawet oni modlą się za Ciebie. Wyszedłem później cichaczem, bo to strasznie długo trwało, a już było późno. Ale następnym razem przyszedłem po raz kolejny.

No dobrze dużo jeszcze zostało? Jeszcze dwa gary, okej. Wracając do tematu. To otwiera niezwykłe możliwości bycia blisko, rozmów nie o pierdołach tego życia, ale o rzeczach istotnych, często bardzo osobistych albo trudnych. Nawet mówiąc o czymś – w moim przynajmniej odczuciu – kompromitującym, bądź stawiającym mnie w złym świetle nie doświadczyłem wyśmiania czy odrzucenia. Wspólne przeżywanie to na swój sposób ekscytująca przygoda z elementami ryzyka. Zwyczajnie mam w takiej wspólnocie możliwość stanięcia ramię w ramię z towarzyszami drogi, w różnych sytuacjach, również tak zwyczajnych jak zmywanie garów. Przed nami wspólne cele i nierzadko podobne trudności. Są także ci, którzy przeszli parę kroków więcej jak i ci, którzy dopiero za jakiś czas będą na moim miejscu.

Nie musieć rezygnować z bycia sobą, ale dobrze się w tym odnaleźć jest czymś niezmiernie ważnym i potrzebnym. Do tej pory to odkrywam i z tego korzystam. Na tym jednak nie koniec. Później poznawszy te wymiary masz możliwość doświadczenia tego z drugiej strony. Na początku może po prostu nie załatwiać tylko swoich spraw i nie zabiegać tylko o własne podwórko. Zainteresować się innym, coś dla niego zrobić. Uczyć się słuchać potrzeb drugiego człowieka. Wspólnota stanowi pewną niszę, od której można zacząć się uczyć przykazania miłości. A później stosować to i zanosić na zewnątrz, w tym również przeżywanie wiary w sakramentach, lekturę Pisma Świętego, dbałość o liturgię.

I tutaj chyba zbliżam się do sedna. To wszystko po to by móc lepiej poznać Boga i drogę do zjednoczenia z Nim. Odkrywać jak On działa i sposoby w jakie mówi, a więc światło, które od Niego pochodzi. To nadaje ostateczny sens całemu przedsięwzięciu. Odkrywanie Boga w moim doświadczeniu to droga wiodąca od rzeczy małych i codziennych. Uczenie się i wyciąganie wniosków na podstawie obserwacji i różnorodnych doświadczeń. Często dopiero z pewnej perspektywy czasu dostrzega się Bożą Opatrzność i Jego działanie. Wspólnota jest takim miejscem, gdzie można to robić bardzo intensywnie. A ponadto zobiektywizować różne myśli i doświadczenia, tak by nie pozostały w sferze ulotnych wrażeń, które każde niepowodzenie, czy nawet gorszy dzień każe poddać w wątpliwość.

Okej, dokończymy to jeszcze. Wiara w praktyce. Światło w życiu. Fajnie, że zapytałeś, samemu też mi to dużo dało, bo jakoś to sobie musiałem uporządkować. Dzięki za pomoc! Nie tylko w ogarnięciu kuchni.

Zmywał m. in. autor wpisu

zdjęcie: z archiwum autora

komentarze 4

  1. Paula · 4 czerwca 2014 Odpowiedz

    Świetny tekst. W sam raz, by się zmotywować, by jeszcze bardziej dzielić się miłością. 🙂

  2. Mosia · 4 czerwca 2014 Odpowiedz

    och, to jest tak dobrze napisane! 🙂

  3. Meg · 4 czerwca 2014 Odpowiedz

    Mam tylko wątpliwości co do słowa „mydlisty” 😉

  4. Oll · 6 czerwca 2014 Odpowiedz

    Michał, dzięki!

Dodaj komentarz