Żegnaj Gladiatorze!

Żegnaj Gladiatorze!

Bordowa koszulka z wilkiem na piersi i numerem 10 na plecach, dłuższe włosy często spięte cienką tasiemką, w ostatnich latach kilkudniowy zarost, według metryki prawie 41 lat, z czego prawie dwadzieścia z opaską kapitana na lewym ramieniu. To krótka charakterystyka Francesco Tottiego, piłkarza który 28 maja tego roku zakończył swój 25-letni sen wielu młodych chłopców o byciu legendą swojego miasta i klubu.Totti był dla Rzymu jak Batman dla Gotham – superbohaterem i ikoną. Od 13. roku życia lat będąc wierny barwom AS Roma dokonał rzeczy coraz rzadziej spotykanej w piłce na najwyższym poziomie – całą karierę spędził w klubie, który Go wychował i stał się jego legendą. Był w nim ubóstwiany nie tylko za niesamowitą grę, ale za wręcz fanatyczne przywiązanie do jego barw. Totti zawsze był furiatem, człowiekiem walczącym o każdy centymetr boiska. Był zawodnikiem, nieprzypisanym do żadnej pozycji – strzelał mnóstwo ważnych bramek, harował w środku pola i wybijał piłki pracując w obronie. Był szaleńczym wojownikiem, który na boisku był prawdziwym dowódcą.

Ile znaczy dla Romy pokazał wielokrotnie, ale mecz z Torino w poprzednim sezonie pokazuje to dobitnie. Grając domowy mecz na Stadio Olimpico Roma przegrywała 1:2. Przy tym stanie w 86. minucie na boisko wchodzi On, el Capitano i… po 22 sekundach przy pierwszym kontakcie z piłką daje rzymianom wyrównanie. Wrzawa na stadionie i radość większa niż zwykle, bo trafił Francesco – człowiek z którym utożsamiał się każdy kibic na stadionie rzymianin z krwi i kości. Dwie minuty później bożyszcze tego tłumu trafia do siatki jeszcze raz, tym razem z karnego. Tylko Totti mógł uratować Romę. Tylko on mógł spowodować, że coś się zmieni. Niczym pretorianin ruszający w odsiecz Cezarowi.

Myślę, że Totti i tak byłby kochany przez kibiców swojej ukochanej drużyny, gdy grał tylko dwa mecze w sezonie. Derby Wiecznego Miasta, czyli potyczki z Lazio, są jak małe wojny. Zaczynają się już na trybunach, a właściwie u bram stadionu. Spotkania często są brutalne i zapamiętywane na długo. Totti czuł się w ich trakcie najlepiej. W 2002 roku wspaniałym lobem przypieczętował wygraną nad swoim odwiecznym rywalem. I to nie byle jaką, bo aż 5:1. Piłka jeszcze na dobre nie wpadła do bramki, a on już biegł w stronę Curva Sud (części stadionu, gdzie miejsca zajmują najbardziej fanatyczni fani Wilków), żeby cieszyć się z kibicami. Nie miał już na sobie koszulki meczowej i dumnie pokazywał napis, który widniał na tej, którą założył pod spodem „6 unica” (jesteś jedyna, wyjątkowa). Nie była to jakaś wyrafinowana forma oświadczyn, a potwierdzenie do swojego ukochanego klubu.

I po co ja to piszę? Przecież Francesco Totti to grajek jakich było już wiele i będzie w przyszłości tyle samo. Czasem odcinało mu prąd i kopał przeciwników (Balotelli), skakał po nich (Ramelow) czy opluwał (Poulsen), ale kupował zawsze wielkim sercem i ambicją. Potrafił być też przezabawny, gdy po jednej z bramek postanowił zrobić sobie selfie z całą trybuną kibiców. Dlaczego będę podziwiał Tottiego jeszcze przez wiele lat? Bo był ostatnim piłkarzem, który od dziecka tak mocno przywiązał się do barw jednego klubu. Mimo świetnych ofert (m. in. z Realu Madryt, gdzie miałby szansę walczyć o Złotą Piłkę i zarabiać zdecydowanie więcej) spędził całą karierę pokazując, co to znaczy odpowiedzialność, lojalność i przywiązanie. Cechy tak bardzo zapomniane nie tylko w futbolu.

Ostatni Gladiatorze, chciałbym tak jak Ty potrafić brać odpowiedzialność za swoją rodzinę (bo tak traktowałeś Romę), dopóki tak jak Tobie wystarczy mi na to sił. Chciałbym z tak olbrzymią dumą jak Twoja być wiernym swemu miastu. Chciałbym jak Ty być darzony szacunkiem przez swoich największych wrogów.

Zdjęcie (modyfikowane/cropped) casa tifosa per la roma (CC BY 2.0) Anthony Majanlahti

1 Komentarz

  1. Radek · 27 lipca 2017 Odpowiedz

    A ja chciałbym słyszeć z ambony tak fascynujące opowieści… o Jezusie, naszym niepokonanym Gladiatorze, który wyzwolił nas z totalnej klęski życiowej, który jest lojalny, przywiązany i odpowiedzialny za naszą drużynę – Kościół! A tu morały, ględzenie lub listy pasterskie…

Dodaj komentarz